Trylogia zlodowacenia - M. Haneke ("Siódmy kontynent", "Benny's Video", "71 fragmentów") 2010-09-01 16:00:35

Przez wszystkie filmy trylogii przewija się, jak to u Hanekego, motyw osamotnienia, wyobcowania, znieczulenia, a w końcu - przemocy. A wszystko to w poświacie ekranu telewizyjnego, z ktorego codziennie, od świtu do nocy, bohaterowie są bombardowani scenami gwałtu, zniewolenia, agresji, wszelkich wojen, konfliktów, ludobójstw, zamachów. Tak jakby wszystkie problemy świata można było rozwiązać jedynie przemocą. To i nic dziwnego, że w wypadku jakichś zaburzeń osobowościowych, czy realcji z otoczeniem, pojawiających się w obszarze pojedynczego człowieka, i on decyduje się na ich rozwiązanie za pomocą broni, agresji.

Każdy z tych filmów poraża sugestywnie przedstawioną codziennościa, jaka jest udziałem każdego z nas. Oglądamy zwyczajne rodziny, składające się z męża, żony, dzieci, gdzieś tam funkcjonują dziadkowie, o których się pamięta i pisze do nich regularne listy. Mężowie i żony utrzymują  swe domy, chodzą przykładnie do pracy, po pracy robią zakupy, później spożywają wspólnie posiłki, oglądają telewizję.  Dzieci uczęszczają grzecznie do szkoły, na studia,  są zadbane, ale niestety...  czują się nieco samotne. Próbują więc w jakiś sposób zwrócić na siebie uwagę, zarówno rodziców jak i otoczenia. Benny zainspirowany dokumentem o uboju świń kręci amatorską kamerą drastyczny film ze świeżo poznaną koleżanką w roli głównej. Dziewczynka z "Siódmego kontynentu" - mając matkę okulistkę, udaje, że traci wzrok. Dzieci w " 71 fragmentach" są bohaterem zbiorowym, jest ich tu więcej i są bardziej zróżnicowane pod względem wieku, pochodzenia, zajęcia - mamy tu bezdomnego imigranta z Rumunii, Anne z domu dziecka, kilku studentów, w tym jednego szczególnego  - Maxa, grającego wyczynowo w ping ponga - wszyscy choć otoczeni ludźmi, często nawet im przyjaznymi czują się nieszczęśliwi i opuszczeni. Podobnie zresztą jak dorośli, którzy w każdym z tych filmów, nawiązują między sobą dialogi (co nie znaczy, że z sobą rozmawiają), krzątają się wspólnie wokół domowych obowiązków, a jednak... niektorzy decydują się na desperackie kroki w swoim życiu. Przerażająca konkluzja wycieka z tej trylogii, niech nam się nie wydaje, że żyjąc ileś lat pod jednym dachem, znamy się nawzajem. Układne, przyzwoite zachowania, wzajemne uprzejmości, uśmiechy, wspólne wydatki, pytania i odpowiedzi przy niedzielnym obiedzie,  cotygodniowe telefony do mamusi, listy pisane regularnie do teściów, to tylko gesty, jedne mniej lub bardziej wyuczone, one nie budują bliskości, nie stanowią gwarantu szczęścia, bezpieczeństwa. Samotnie, niczym planety krążymy wokół swoich osi, wpadając od czasu do czasu na siebie, a chwilowy, przypadkowy często, kontakt, budzi, bezowocnie, jeszcze wieksze pragnienie zatrzymania się na dłużej. A na dodatek ta świadomość, na której kształtowanie składają się współczesne media,  wtlaczając nam w mózgi całe 24 godziny na dobę, informacje iż zyjemy na beczce prochu, w ciągłym zagrożeniu. Jeśli do tego dodać jeszcze nieustajaco rosnace  wymagania, jakie galopujący ku szczęśliwości świat narzuca nam  wobec siebie i innych, to nie ma się czemu dziwić, że co słabsi albo inaczej mówiąc, wrażliwsi, nie wytrzymują tego ciśnienia i...  pękają.

skomentuj (0)

"Baader - Meinhof" - U. Edel 2010-08-11 08:52:38

Całkiem przyzwoita ekranizacja historii niemieckiej terrorystycznej grupy nazywanej początkowo od nazwisk pary jej przywódców - Baader-Meinhof, później RAF (Frakcja Armii Czerwonej).
Film w miarę obiektywnie ukazuje genezę powstania tego ugrupowania - tło polityczne, pochodzenie społeczne głównych założycieli - dziennikarka (Ulrike Meinhof), córka pastora (sic!) (Gudrun Ensslin) i jej kochanek Andreas Baader - człowiek znikąd.
Początkowo, grupa protestuje przeciw amerykańskiemu imperializmowi - wojna w Wietnamie, zbrojenie Izraela w walce z Palestyną. Z czasem oscyluje ku skrajnej anarchii, gubiąc po drodze cele, jakie ich motywowały u zarania działalności.

Wg mnie, głównym przesłaniem filmu jest ukazanie spirali nienawiści, jaka nakręca się w różnych ruchach społecznych, od momentu, kiedy pada pierwsza ofiara, wszystko jedno po której stronie.
Baader-Meinhof zaczyna od "niewinnego" podkładania nocą ładunków wybuchowych w dużych domach towarowych, w ramach protestów przeciwko amerykańskiemu konsumpcjonizmowi i chęci panowania nad całym światem, a szczególnie w jego częściach obdarzonych złożami ropy naftowej. Któregoś dnia, jakiś zacietrzewiony antykomunista zabija na ulicy strzałem z pistoletu jednego z członków grupy. No i zaczyna się parada odwetów, także ze strony państwa dbającego o ład w obywatelskich szeregach. Są aresztowania, procesy, wyroki, ucieczki z więzienia, szkolenia grupy w Palestynie, protesty głodowe, akcje porywania i zamachów na bankowców i inne osobistości, także przewodniczącego Związku Pracodawców itd.
Jednym słowem, po sprawdzeniu historii RAF i ich akcji zbrojnych, również historii więzienia działaczy - wydaje się, że jest to dość wierna ekranizacja dziejów tej grupy (no, może brakło historii wywiadowczej, na rzecz państw komunistycznych, jaką się jej przypisuje). Ekranizacja wzbogacona wieloma wątkami obyczajowymi, co czyni ją bardziej atrakcyjną i wiarygodną - np. wyzwolenie seksualne (Baader i inni zostają usunięci z obozu szkoleniowego w Palestynie w związku z brakiem subordynacji wobec przepisów o czystości moralnej na terenie obozu), wyzwolenie kobiet z pancerza narzuconego im przez wielowiekową tradycję postrzegania ich jako kury domowe. Tutaj - i Meinhof i Ensslin są matkami. Meinhof zarzeka się, że nigdy nie porzuci dzieci, jednak z czasem ideologia, wywrotowa działalność społeczno-polityczna okazuje się narkotykiem, ktoremu podporządkowuje sie całe życie.
I tak,  obserwując tych zaangażowanych działaczy, sami już nie wiemy, czy oni faktycznie wierzą w te hasła, które głoszą, zabijając często niewinnych ludzi w imię deklarowanej wcześniej miłości do człowieka, czy po prostu nie mogą się już wyrwać z tego transu, jaki daje im poczucie wladzy z bronią w dłoni.

Polecam. Film jest ciekawy, choć może nie wyważa zamkniętych drzwi (ale warto czasem sobie pewne sprawy po raz kolejny uzmysłowić), z wielu względów. Na przykład, jako przyczynek do historii rozkwitu terroryzmu, ktorego prapoczątek ma często źródło w bezsilności (tu charakterystyczny moment podjęcia decyzji o wstąpieniu do grupy dziennikarki - Meinhof), a później, w miarę upływu czasu i rozwoju, staje się spiralą, z której bardzo trudno się wyplątać. Także, jako przyczynek do analizy przekroju społecznego ludzi, którzy wprawiają w ruch tego typu organizacje - są to ludzie światli, a posiłkujący się bardzo często osobami których życie z różnych przyczyn wyrzuciło poza margines i nie mają już nic do stracenia. No i można zobaczyć, jak działa taki terrorystyczny samograj, jeśli się go nakręci, jak bardzo trudno jest go zatrzymać. Właściwie jest tylko jeden sposób na zatrzymanie - eliminacja, słabszych przez silniejszych. Wygrywa nie ideologia, a ten, kto ma większą władzę i więcej broni. No i oczywiście jedno wielkie smutne przesłanie, jak wiele w naszym, także tym sytym po uszy, świecie jest nienawiści. Nawet jeśli pozornie jej nie ma, to nie łudźmy się, ona drzemie, czekając spokojnie na dogodny moment, by się obudzić.
Niby nic nowego pod słońcem, niejeden powie wydymając pogardliwe usteczka, ale warto sobie pewne rzeczy przypomnieć, czy uświadomić - ten film to tylko przykład, konkretna historia, ale schemat działania grup, ruchów terrorystycznych, jest taki sam, a przecież, terroryzm może miec różne twarze, nie tylko czerwoną.
Poza tym, na korzyść filmu przemawia, oprócz jego uniwersalnego przesłania, także bardzo dobre aktorstwo i zdjęcia, a szczególnie bardzo wiarygodnie, dynamicznie, pełne grozy i chaosu ukazane zamieszki, wszelkie, od ulicznych począwszy, poprzez zadymę w ambasadzie RFN w Szwecji, po te w więzieniu.





skomentuj (0)

"Kalina czerwona" - W. Szukszyn 2010-07-26 15:10:54

Jegor urodził się na biednej rosyjskiej wsi. Jako młody mężczyzna niezadowolony ze swego pochodzenia postanowił przekwalifikować się z chłopa na miejskiego złodziejaszka. Wyrzekłszy się swej ziemi, wsi, rodzinnego domu, matki, wiedzie dość swobodne życie, przerywane od czasu do czasu odsiadkami w celi więziennej. Poznajemy go właśnie po jednej takie "przerwie urlopowej", kiedy wychodzi na wolność i chyba po raz pierwszy nie ma, nie wie, co ze sobą począć.  Na szczęście nie zatracił się jeszcze w swej przestępczej profesji do końca, tak naprawdę źle się czuje w swej fałszywej skórze miejskiego cwaniaczka.  W głębi serca tęskni za matką, do której nie odzywał się przez kilkanaście lat. Zaczyna mu brakować tego prawdziwego poczucia wolności, którego nie daje mu jego złodziejski fach ( na co tak kiedyś liczył),  a które wie, może poczuć tylko będąc tam, na ziemi, z której pochodzi. Po tylu latach, wreszcie przekonuje się, że tak naprawdę, to w środku nadal jest chłopem, kochającym wieś, tylko tam, może odetchnąć pełną piersią. Nie udało mu się przyrosnąć do nowej, obcej skóry, a wysiłki, które w tym celu czynił poszły na marne, sprawiły, że poczuł się wyczerpany,  jeszcze bardziej zagubiony niż był kiedyś, przed wyjazdem do miasta. Jegor będąc w więzieniu nawiązał korespondencję z Lubą, mieszkającą niedaleko jego rodzinnej wsi. Postanawia spróbować zerwać z przeszłością, kumplami od włamań, jedzie w odwiedziny do swej nowej znajomej. Rodzina dziewczyny najpierw przyjmuje go nieufnie, wręcz z obawą, w końcu wyszedł z więzienia. Po jakimś czasie wszystko zaczyna się jako tako układać, lecz od przeszłości nie da się odciąć raz na zawsze.  Jegorowi przyjdzie zapłacić za swe grzechy, nie tylko wyrzutami sumienia i bólem duszy w jakim się zatracił.

Bardzo piękny, ale i bardzo smutny film, jak rosyjska dusza, która nie może zaznać spokoju, którą gdzieś zawsze gna, podatna tak samo na wielkie porywy jak i na czarną rozpacz. Taki właśnie jest Jegor - prosty, bardzo wrażliwy człowiek, który wie gdzie jego miejsce, ale nie chce go zagrzać, chce stawić czoła wielkiemu światu, nawet za cenę groteskowości życia, jakie przyjdzie mu tam prowadzić. Pokusa poznania nowego, strach przed nudą i monotonnią życia, są silniejsze od wszystkiego, od miłości do matki, od wstydu i hańby, jaka czeka każdego uciekiniera i zdrajcę (bo takim niestety stał się, gdy bez słowa wyszedł kiedyś z domu i nie wrócił).

"Kalina czerwona" to ostatni film reżysera żyjącego i tworzącego w ZSRR Wasilija Szukszyna, który niemal całą swa twórczość (był także pisarzem) poświęcił tematyce wiejskiej. Interesowali go głównie ludzie, ich prostota, ale i wielka szlachetność, otwartość - (rodzina Luby mimo strachu przed nieznajomym kryminalistą bądź co bądź, nie rezygnuje z przyjęcia pod swój dach, ufa, w mądrość Luby i jej intuicję), ciekawość świata, ale i pewien ostracyzm z jakim sie spotykają, gdy do tego świata miejskiego odważą się wejść - bo i o zderzenie wsi z miastem głównie Szukszynowi w jego twórczości chodzi i o tego zderzenia konsekwencje. Pamiętajmy - filmy Szukszyna powstawały około 40 lat temu i to za czasów głębokiej komuny, gdy władzom wygodne było dzielenie narodu, podkreślanie różnic między poszczególnymi społecznościami. Do jednych z ostatnich scen filmu należy wypowiedź miejskiego cwaniaczka i złodzieja o Jegorze:  "to nie był człowiek, to był chłop (dokładnie "mużyk") spod Archangielska, takich mamy tysiące".  Pogarda i kompletny brak szacunku dla człowieka, tylko dlatego, że pochodzi ze wsi, że jest  mużykiem, a tym bardziej przykre, że pochodząca z ust mieszczucha, mającego dokładnie te same korzenie - no bo któż jak nie wieśniacy zaludniali powstające po rewolucji miejskie "metropolie" (jak to zresztą bywa i bywało na całym świecie).  Szkoda, że nie wszyscy pamiętają o jednym bardzo prostym powiedzeniu, dotykającym najgłębiej kwestii naszego pochodzenia - "wszyscy jesteśmy ze wsi".

"Kalina czerwona" należy do moich ulubionych filmów. Nakręcony przy pomocy nieskomplikowanych środków wyrazu, może chwilami zbyt ekspresyjnie zagrany przez samego Szukszyna, odtwarzającego rolę Jegora, ale mimo wszystko, zawsze, w każdej minucie wiarygodny. Nawet wtedy, gdy Jegor chodzi po polu i przemawia do brzózek jak do małych dzieci, gdy rzuca się na ziemię, którą przed chwilą zaorał, przeczuwając, że już niedługo przyjdzie mu sie z nią pożegnać, nie wydaje się ani przez moment nieprawdziwy, czy nie daj Boże, zabawny, z ekranu bije szczerość i niekłamane utożsamienie się twórcy ze swoim dziełem i jego bohaterem. Wszak Szukszyn to jeden z takich reżyserów i aktorów, który w pełni zasługuje na opinię, iż robił filmy z autentycznej potrzeby duszy, a takie zawsze chwytają za serce.  

skomentuj (0)

"Klasa" - reż. Laurent Cantet 2010-07-13 14:42:57

Mamy gorące wakacje, a ja na przekór, o szkole i  "Klasie". Film nagrodzony : 2008 Złota Palma w Cannes jako najlepszy film festiwalu. I całkiem słusznie, bo to niezwykle oryginalny, stylizowany na dokument film o niedomaganiach, albo może nawet klęsce demokracji, jako systemie rządów na tak szczególnie wrażliwym terenie jak szkoła. Film stawia pytanie, czy w ogóle jest możliwe pełne porozumienie między nauczycielami a uczniami, gdzie zawsze będzie jednak obowiązywała jak od lat, i ze względu na relacje - dorosły i niepełnoletni, ustalona i niepodważalna hierarchia z przewagą dla nauczycieli, którą uczniowie dopuszczeni do głosu w systemie ocen z nauczania i zachowania, będą za wszelką cenę starali się obalić, a nauczyciele będą jej bronić.
Oryginalny tytuł filmu  brzmi chyba "pomiędzy murami" i jest bardziej adekwatny do wymowy filmu. Polski tytuł "Klasa", jest zdecydowanie za obszerny i nic nie mówiący, choć wskazuje na miejsce i bohatera akcji - czyli klasę jako salę lekcyjną oraz jako zbiorowisko młodych ludzi, zebranych w niej zupełnie przypadkowo, nie licząc jednego roku urodzenia i rejonu zamieszkania. Postaci filmowe, nauczycieli i uczniów gimnazjum pewnej szkoły na peryferiach Paryża, grają ciż sami uczniowie i nauczyciele tejże samej szkoły. I robią to genialnie. W roli głównej, nauczyciela języka francuskiego i wychowawcy klasy, wystąpił François Bégaudeau, będący również współautorem scenariusza. Wydaje się, że lepszego nauczyciela i pedagoga w jednej osobie, przyjaciela młodzieży, ciekawego swych podopiecznych każdego z osobna, człowieka tak bardzo otwartego na bolączki swych podopiecznych ze świecą szukać. Jego lekcja literatury i języka to nie tylko wykłady, są one także okazją do dyskusji nad wieloma tematami, począwszy od kolonializmu po dojrzewanie seksualne i niepokoje z nim związane. A jednak - jak się okazuje i jemu, nayczycielowi wydawałoby się wręcz idealnemu,  nie udaje się uniknąć pułapek związanych z wolnością i skutkami wiążącymi się z daniem uczniom głosu w zarządzaniu szkoła.  Okazuje się, że mur między uczniem a ciałem pedagogicznym, mimo usilnych starań ze strony dorosłych,  prędzej czy później wyrośnie, a próby jego zburzenia, zawsze kogoś zranią.
Film pozostawia widza z wieloma pytaniami, nie dając żadnych odpowiedzi, w tym leży jego wielka siła, dlatego jest tak poruszający. Widzimy, jak trudno jest rozwiązać jednoznacznie problemy współczesnej szkoły, a już tym bardziej szkoły, w której występuje wielorasowość, a co za tym i wielokulturowość, bo w takiej szkole się właśnie znajdujemy oglądając "Klasę". Tym bardziej jeszcze jest trudniej, jeśli ma sie do czynienia z młodzieżą gimnazjalną, w okresie dojrzewania, także emocjonalnego, a więc szczególnie uwrażliwioną na to jak sie ją traktuje. Każde odchylenie od idealnego wzorca zachowań zakodowanego w ich głowach, jest okazją do buntu i gniewu, czasem zupełnie bezkrytycznego i niepotrzebnego, czasem słusznego. A co najważniejsze, i najsmutniejsze, podczas tych mniej lub bardziej ukrytych wojen nauczyciel a uczeń, zazwyczaj pokonanym zostaje ten drugi, a zwycięstwo nauczyciela czy szkoły ma często bardzo gorzki smak.
Chciałabym zwrócić na świetne zakończenie filmu, czyli scenę z dziewczyną, która przez cały film była niewidoczna, niczego się, jak sama mówi, nie nauczyła, ale nie chce iść do zawodówki i postawienie jej w opozycji do głównego bohatera wśród uczniów, czarnego Nassima, bardzo zdolnego i bystrego modego człowieka, który wykluczył się ze społeczności szkoły jakby na własne życzenie.  A między nimi - Esmeralda - dziewczyna, ktora daje radę być jednocześnie sobą i nie zniknąć z powierzchni szkoły (tak nawiasem, zestawienie tej trójki to dobry przykład na zilustrowanie terminu "inteligencja emocjnalna"). :)
Bardzo, bardzo polecam - zero łopatologii, mnóstwo pytań w głowie po filmie.

skomentuj (0)

'Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence" - reż. Nagisa Oshima 2010-06-13 00:40:22

Piękny (nie da się tego lepiej określić) obraz, który można zaliczyć do antywojennych, propagujących wzniesienie się nad wszelkimi granicami, jakie wyznaczył, i wyznacza ciągle, sobie i innym człowiek, prowadzących do niepotrzebnych napięć, nienawiści, budowania niszczących międzyludzkich relacji. Bardzo dobry wybór miejsca akcji filmu do tego przesłania - nie pole bitwy, lecz obóz jeniecki, w tym przypadku japoński, dla brytyjskich oficerów, na wyspie Jawa, rok 1942. Czyli, sami mężczyźni, na dodatek  z dwóch kulturowych biegunów, w sile wieku, ściśnięci na małym skrawku ziemi, z doświadczeniem ciągle zmieniającej się dominacji jednych nad drugimi, żyjący 24 godziny na dobę w nieustającym poczuciu zagrożenia. I w takich oto warunkach rodzi się erotyczna fascynacja, jaką odczuwa ciemnowłosy Japończyk, dowódca obozu, kapitan Yonoi, w stosunku do białego jak mleko, złocistowłosego Anglika - majora Jacka Celliersa. Sytuacja jest bardzo niezręczna, jako że wszelkie przejawy homoerotycznych uczuć, czy zachowań, są bezwględnie tępione na terenie obozu (jedna z pierwszych scen to sąd i skazanie na śmierć przez sepuku Japończyka i Holendra  których przyłapano nocą na stosunku homoseksualnym). Takie homoerotyczne zakusy są niemile widziane we wszelkich społecznościach stricte męskich, także samurajskich, gdzie są, zresztą, powszechnie obecne, a z czym owe społeczności nie mogą się pogodzić, uważając to zjawisko za przejaw słabości i co za tym idzie, za hańbę. Nagisa Oshima poświęcił temu zagadnieniu, blisko 15 lat po „Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence”, film pt. „Tabu”, równie piękny, a jeszcze bardziej poetycki, gdzie obserwujemy zmagania się z uczuciami wojowników do niezwykle powabnego ucznia w szkole samurajskiej.
No cóż, po seansie nieodparcie nasuwa się wniosek, że jeśliby mężczyźni mniej spinali pośladki (w przypadku tego akurat filmu, jest to zwrot jak najbardziej adekwatny) - to w świecie byłoby mniej wojen, wzajemnych nieporozumień i niedomówień. Oczywiście, nie chodzi tylko o tolerancję i łagodność  rozumianą wprost w seksualnym odniesieniu. Ogólnie, ludzka życzliwość, przychylność, ciekawość siebie, wyrzeczenie się pragnienia dominacji, wzajemna akceptacja wszelkich różnic jakie nas dzielą, nawet w codziennej mikroskali zwykłych relacji międzyludzkich, o czym opowiada pięknie poprowadzony wątek przyjaźni Japończyka sierżanta Gengo Hary i tytułowego pułkownika Lawrence'a, byłaby dobrze widziana. Bo to nie jest tak, że istnieją jedynie słuszne racje, jakieś prawdy objawione, zawłaszczane przez jednych na wieki wieków amen. Panta rhei, wszystko jest płynne, niczego nie możemy być pewni, tylko miłość, jak najszerzej rozumiana, jest niezmienna, a jeśli ona jest, to wraz za nią pojawia się szacunek dla wszelkich innych istnień. Jeśli dojdziemy do takiego stanu ducha i umysłu, wtedy będziemy szczęśliwi, gdziekolwiek i kiedykolwiek. I umierać będzie łatwiej, także wtedy, a może przede wszystkim wtedy, gdy śmierć wydaje się bezsensowna i przedwczesna, gdy przychodzi na przykład (jak w filmie) z rozkazu polityków, tych, którzy te powierzchowne, formalne różnice kulturowe między ludźmi wykorzystują dla swych partykularnych celów. Na szczęście, my, każdy z nas, mentalnie może być ponad tym... wbrew wszelkim rozkazom, nakazom, obyczajom etc. - nie musimy się nienawidzić, nie musimy tracić swego człowieczeństwa, możemy je zachować, nawet w warunkach skrajnie temu niesprzyjających. Wspomniałam o śmierci, bo tej kwestii jest poświęcony spory fragment filmu, a dotyczy on różnic jakie istnieją w stosunku do tego zagadnienia w obu kulturach, a dokładniej śmierci w obronie honoru.
Sporego smaczku dodaje filmowi wybór biseksualnego Davida Bowiego do roli Anglika Jacka Celliersa, obiektu pożądania powściągliwego Japończyka Yonoi (tutaj świetny znany kompozytor muzyki filmowej Ryuchi Sakamoto) spadkobiercy i kontynuatora samurajskich tradycji.
Bowie bardzo dobrze prezentuje się w tej roli. Erotyzm emanuje każdym porem jego skóry, a kosmyki jego blond włosów nabierają talizmatycznych, ba nawet sakralnych właściwości. Bardzo dobry duet powstał,  dający popis oszczędnym, ale jakże wymownym, gestem i spojrzeniem. A wtórują im inne duety, rozpisane, oczywiście, na męskie głosy: wspomniany już wcześniej tytułowy pułkownik Lawrence przyjaźniący się z sierżantem Gengo Hara - czyli Tom Conti i Takeshi Kitano oraz Tom Conti i Jack Thompson (kpt. Hicksley) - prowadzący nieprzerwany, nieskończony i bezcelowy dyskurs o dominację jednej cywilizacji nad drugą.
Polecam, film ciągle na czasie, nieskomplikowany, ale i nie prosty, i bardzo subtelny, choć opowiadający o brutalnym męskim świecie, gdzie nie ma miejsca na czułość, choć jest jej wielka potrzeba
 .

skomentuj (0)

"Pogwarki" - Wasilij Szukszyn 2010-05-02 09:57:06

Przeurocza, mądra, radosna ale i przepojona nieco nostalgią z powodu nieuchronnych końców pewnych światów, opowieść o rosyjskich ludziach, tych ze wsi i tych z miasta.
Niura i Iwan są kochającym się małżeństwem, takim na dobre i złe, cieszą się swoim wiejskim życiem, pełnym znoju, często biedy (jak to kiedyś na wsi), w którym jednak nie brakuje chwil pelnego szczęścia. Szczęścia płynącego właśnie z prostoty życia - po pracy zawsze musi być zabawa

, wspólne spotkania, tańce, śpiewy, wszyscy razem, wraz z dziećmi i starcami.

Ale tak się złożyło, nie wiadomo, czy na szczęście, czy nieszczęście, że Iwan dostał skierowanie do sanatorium, do uzdrowiska na południu ZSRR. Cóż robić, trzeba się zabierać i jechać, a droga
daleka, aż strach! Trzeba by zabrać ze sobą na drogę ukochaną żonę i dzieci. Jakże by bez nich jechać tak daleko i na tak długo? W końcu stanęło na tym, że tylko Niura pojedzie z Iwanem. I tak oto zaczyna się jazda
, przez cały film. Po krótkim pobycie na pieknej rosyjskij wsi przenosimy sie do przedziału dalekobieżnego pociagu, co nie znaczy, że będzie nudno. Wręcz przeciwnie, pociąg i jego pasażerowie, jak wiemy, stanowią przekrój niemal całej społeczności, tym bardziej, wtedy, gdy motoryzacja
nie była jeszcze tak szalenie rozwinięta.

Wania i Niura stanowią swoistą ciekawostkę dla pasazerów. Od razu widać, ze pochodza ze wsi, są naiwni, nieco wystraszeni (pierwsza podróż
pociągiem w życiu), otwarci i szczerzy - stanowią doskonały łup dla wszelkiej maści złodziei, oszustów, a także ludzi, ktorzy lubia się trochę powyyższać nad drugimi, a pochodzenie bywało wtedy bardzo łatwym ku temu pretekstem. No i zaczyna się upokarzanie, drwiny, naśmiewanie, ale także ciekawość i chęć bliższego poznania sie z folklorem. Przy bezpośrednim zderzeniu miasta z wsią, widać, jak bardzo ludzie pochodzacy z tych środowisk są od siebie oddaleni, jak mało wiedzą o sobie, króluje stereotyp - zwłaszcza w rozumieniu wiejskich przez miejskich.

Na szczęście do przedziału wsiada profesor językoznawca. Uradowany, że spotkał prawdziwych wieśniaków, zaprasza ich do siebie, do Moskwy. Iwan i Niura chętnie robia sobie przerwę w podróży, poznają życie miejskie od podszewki. Ale profesor pragnie, by i Wania coś dał od siebie gronu naukowców i przyjaciół - organizuje dla niego odczyt na uczelni. Iwan ma przemówić zza katedry, najlepiej, żeby "coś" opowiedział. Ta scena stanowi swoisty punkt kulminacyjny filmu, obrazujący, że nawet przyjaźń i dobra wola nie sprawią, że chłop i inteligent, zbliżą się do siebie nagle, bez problemów.

W końcu podróżujacy docierają do kurortu, a my wraz z nimi do końca filmu. Jest pięknie, morze, sanatoria, mnóstwo, roześmianych ludzi, a wraz z nimi małżeństwo z biednej rosyjskiej wsi. Podróż, pełna przygód sprawiła, że umieją, albo starają się, cieszyć nową sytuacją w jakiej się znaleźli, ale Iwan ciągle myslami wraca do swych pól nad szeroko rozlaną rzeką.

Świetny film! W ogóle Szukszyn to szczegolny reżyser i aktor. Bardzo go lubię, związany od zawsze, aż do przedwczesnej śmierci z tematyką wsi, obserwujący z troską przemiany jakie w niej zachodzą, i zawsze w niej zakochany. Dlatego jego filmy, bardzo proste są takie piekne, są szczere, widać, że kocha to o czym opowiada. W filmach zazwyczaj, tak jak i w "Pogwarkach", towarzyszy mu żona, Lidia Fiedosiejewa.
Polecam, jestem ciekawa, czy komuś też się spodoba. A później, jeśli taki się znajdzie, niech sięgnie po "Kalinę czerwoną".

skomentuj (1)

Precious: Based on the Novel Push by Sapphire - reż. Lee Daniels 2010-03-22 00:56:11

Na 16-letnią  Clareece "Precious" Jones spadły wszystkie nieszczęścia świata. Pochodzenie i miejsce urodzenia – afroamerykańska patologiczna rodzina w nowojorskim Harlemie,  150 kg żywej wagi, pełna nienawiści do córki oraz całego świata matka i ojciec gwałcący ją regularnie od 3 roku życia. Chciałoby się też w tym miejscu, jako dopust Boży, dodać dwójkę dzieci z własnym ojcem,  w tym jedno z Zespołem Downa, ale .... to właśnie owe dzieci są największym szczęściem, miłością i sensem życia Clareece. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tej wrażliwej i w gruncie rzeczy zdolnej dziewczyny, gdyby nie druga ciąża, a z nią zainteresowanie dyrektorki szkoły  stanem dziewczyny i odesłaniem jej do szkoły specjalnej pod jakże poetycką i wiele obiecującą nazwą:  „Nauka nie musi być torturą”. Jak się okazuje, Clareece trafia prawie do nieba, a jej aniołem stróżem zostaje nauczycielka czytania i pisania panna Rain. Do opieki nad Clareece włącza się także pracownica opieki społecznej pani Weiss (Mariah Carey – nie do poznania, do samego końca zastanawiałam się, skąd ja tę panią znam). W nowej szkole, pod wezwaniem żadnego świętego, ale za to z obietnicą nauki bez tortur, Clareece musi włozyć dużo wysiłku w oswojenie  się z grupą dziewczyn, z którymi przyjdzie jej zdobywać podstawową wiedzę z zakresu czytania, pisania i liczenia.  Oczywiście, na początku olbrzymia tusza, niekontrolowane wybuchy złości, gniewu jako reakcja na najmniejszy przejaw krytyki, nie ułatwiają jej kontaktów z koleżankami. Na szczęście, tu wszystkie dziewczyny są dziwne i wszystkie po rozmaitych przejściach, nie ma więc mowy, o jakichś większych urazach, dąsach itp.  A co najważniejsze, nad wszystkim, a głównie nad dobrym samopoczuciem i gotowością otwarcia się na świat swych podopiecznych czuwa prześliczna i anielsko cierpliwa panna Rain (Paula Patton).

Ogólnie film z bardzo pozytywną energią, choć, paradoksalnie, mnóstwo w nim scen przemocy domowej, wulgaryzmów, jakimi obrzucają siebie nawzajem matka z córką. Niedawno widziałam estońską „Naszą klasę” z negatywnym (co nie znaczy, że nie niesłusznym) odczuciem jaki film pozostawia w stosunku do młodzieży, nauczycieli, rodziców – chodzi o brak porozumienia, dobrej woli i odwagi w pomocy , a wcześniej w rozeznaniu kto wśród szkolnego tłumu potrzebuje prawdziwej pomocy. W „Precious” mamy sytuację odwrotną, czujność dyrektorki szkoły,  dobre słowo nauczyciela matematyki (jak czasem mało potrzeba, by dodać komuś skrzydeł)  a później opiekunów i nauczycielki w szkole specjalnej, pomoc rówieśniczek w pokonywaniu najtrudniejszych chwil Clareece – przynoszą sukces i Clareece odzyskuje człowieczeństwo, którego pozbawiła jej własna matka.  A dzieci spłodzone przez własnego ojca nie będą przeszkoda w jej dalszym życiu, wręcz przeciwnie – nadadzą mu jeszcze większy sens.

Na chwilę uwagi zasługuje również postać matki, Clareece, zagranej rewelacyjnie przez Mo”Nique. Za tę kreację zdobyła zresztą Oskara w kategorii aktorka drugiego planu. Postać tragiczna. Jej bierna postawa wobec losu, powoduje że zarówno swoje jak i córki życie spisała na straty. Nie walczy ani o siebie, ani o Clareece, robi z siebie ofiarę, pragnie wzbudzać litość i współczucie, także po to by uzyskać finansowe wsparcie od instytucji opiekuńczych. Jej jedynym zajęciem jest oglądanie telewizji, jedzenie i użalanie się nad sobą, a w międzyczasie poniewieranie córką oraz jej  tuczenie, by nie
podobała się mężczyznom, także swojemu ojcu. Jakieś monstrum stworzone z kobiety, której nikt nie dał ani nie nauczył miłości. Na szczęście Clareece, choć też niekochana, gwałcona fizycznie i mentalnie przez swoich rodziców,  zachowała resztki instynktu samozachowawczego, a na dodatek intuicyjnie wyczuwała dobrych ludzi i potrafiła czerpać siłę choćby z najmniejszego przyjaznego gestu  jakimi ją obdarzali.

Co wyróżnia „Precious” wśród innych filmów o podobnej tematyce? Na pewno postać głównej bohaterki, jej wiara w lepsze życie – ona ciągle, nawet w najgorszych momentach życia nie załamuje się i  wierzy w dzień, kiedy spełnią się jej marzenia. A ich wizualizacja w trakcie gdy doznaje upokorzeń ze strony najbliższych sprawia, że nie broni się przed aktami gwałtu, ale i nie umiera za każdym razem, gdy się jej go zadaje – bywa bowiem wtedy największą piosenkarką świata, albo właśnie odbiera Oskara za najlepszą rolę lub śpiewa i tańczy w chórze gospel albo jest córką prawdziwej damy i właśnie wspólnie spożywają wykwintną kolację.  Ta dziewczyna posiada naprawdę niesamowita intuicję, która podpowiada jej co ma robić, by przetrwać.

Poza tym film odznacza się się bardzo dynamicznym sposobem realizacji – krótkie ujęcia, szybkie przybliżenia, komentarz kadrów z off-u z ust głównej bohaterki – forma pamiętnika zostaje zachowana. No i zupełnie bezkompromisowe ukazanie relacji w patologicznej rodzinie – nie ma żadnego owijania w bawełnę,  jesteśmy świadkami koszmaru, jakie dane jest przeżywać milionom dzieci w rodzinach, gdzie  traktowane są jak narzędzia  do zaspokajania najróżniejszych potrzeb i świadczenia wszelkich usług, począwszy od seksuanych po zarobkowe – tu dobrze pokazane, jak można oszukiwać służby socjalne wizytujące taką rodzinę starajacą się o zasiłki wychowawcze.


I jeszcze słowo o aktorce występującej w roli Clareece -
 Gabourey Sidibe, również nominowanej do Oskara (główna rola kobieca), ale bez wygranej. To świetny debiut, który wykorzystując sporą tuszę dziewczyny, starali się zdyskredytować niektórzy ludzie, m.in. znany w USA dziennikarz radiowy Howard Stern. Ten pan pnazwał ją "najpotężniejszą, grubą czarną dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział". Stern stwierdził także, że będzie jej trudno dostać role w Hollywood ze względu na jej rozmiary.  No i fajnie, że facet dzięki niej poszerzył sobie horyzonty i że podzielił się swoją świeżo nabytą wiedzą ze światem. A jego proroctwa, raczej się nie spełnią, bo ta aktorka-amatorka ma już podobno rolę w kolejnym filmie - "Yelling to the Sky". A ja życzę Gabourey, żeby sobie wyglądała jak chce, albo jak nie chce ale musi. A po wyczerpaniu propozycji do ról charakterystycznych niechby się zawzięła i pokazała temu chudemu białasowi z mikrofonem, na co ją stać, nie tylko pod względem aktorskim. A  może dlatego tak dobrze wcieliła się w rolę Precious, bo wiedziała czym jest  upokorzenie z własnego doświadczenia. I znowu,  jak to mówią,  klęskę udało się przekuć w sukces. :)

skomentuj (6)

Księga Gości
Człowiek jest zwierzęciem stadnym:
MovieForum
Forum - Filmowe

Piszą o filmach:
* Tahoma
* Mnich
* razdwa kapeluszzglowy
* Bez popcornu
* Czarny Kot
* kramer

Wrażenia z tych filmów zapisałam:
* "Eden jest na Zachodzie"
* "Dom zły "
* Wszystko co kocham"
* Meduzy
* Serce na dłoni
* "Brüno"
* Doberman
* 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni
* Longford - reż. T. Hooper
* Miasto ślepców
* Wojna polsko-ruska - Xawery Żuławski
* Veronica Guerin - reż. Joel Schumacher
* Jagodowa miłość
* Vicky, Cristina, Barcelona
* Revolutionary Road
* Into the Wild
* Z odzysku - reż. S. Fabicki
* Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz - reż. S. Lumet
* Bracia Karamazow - reż. Petr Zelenka
* Chaos - reż. Xawery Żuławski
* Przybyli ułani" czyli święto polskie
* Niebo nad Paryżem
* Moje życie beze mnie
* Elegia
* Inaczej niż w raju
* Tajne przez poufne
* Oskarżony / Anklaget
* W stronę morza
* W Dolinie Elah
* Podstępny Ripley
* Sen Kasandry
* Droga do przebaczenia
* Czas pijanych koni
* Kolory raju
* Deszcz/Baran
* Rozpustnik
* Wino truskawkowe
* Wojna Charliego Wilsona
* Dom wariatów - A. Konczałowski
* Głosy niewinności
* Hostel
* Wróżby kumaka
* Japon
* Przemiany - Ł. Barczyka
* Małe dzieci
* M. Winterbottom - Na tym świecie
*Lili Khaled: Hijacker
*Zodiac
*Propozycja
*Stan posiadania
*Pachnidło
* 11:14
* Brat czyli Takeshi Kitano w Ameryce
* "Kiedy Otar odszedł" - film na Dzień Matki
* Krwawy diament
* 300
* Labirynt Fauna
* Ostatni król Szkocji
* "Apocalypto" - faktycznie
* Jasminum
* "Euforia" bez euforii
* "Jazda" po czesku
* Grbavica
* 9 kompania - nie, to jeszcze nie koniec wojny w Afganistanie
* Wszystko może się przytrafić

Piszę także tutaj:
* babasia nr 2 czyli inspirowane filmem ale nie tylko