Przez wszystkie filmy trylogii przewija się, jak
to u Hanekego, motyw osamotnienia, wyobcowania, znieczulenia, a w końcu -
przemocy. A wszystko to w poświacie ekranu telewizyjnego, z ktorego
codziennie, od świtu do nocy, bohaterowie są bombardowani scenami
gwałtu, zniewolenia, agresji, wszelkich wojen, konfliktów, ludobójstw,
zamachów. Tak jakby wszystkie problemy świata
można było rozwiązać jedynie przemocą. To i nic dziwnego, że w wypadku
jakichś zaburzeń osobowościowych, czy realcji z otoczeniem,
pojawiających się w obszarze pojedynczego człowieka, i on decyduje się
na ich rozwiązanie za pomocą broni, agresji.
Każdy z tych filmów poraża sugestywnie przedstawioną codziennościa, jaka jest udziałem każdego z nas. Oglądamy zwyczajne rodziny, składające się z męża, żony, dzieci, gdzieś tam funkcjonują dziadkowie, o których się pamięta i pisze do nich regularne listy. Mężowie i żony utrzymują swe domy, chodzą przykładnie do pracy, po pracy robią zakupy, później spożywają wspólnie posiłki, oglądają telewizję. Dzieci uczęszczają grzecznie do szkoły, na studia, są zadbane, ale niestety... czują się nieco samotne. Próbują więc w jakiś sposób zwrócić na siebie uwagę, zarówno rodziców jak i otoczenia. Benny zainspirowany dokumentem o uboju świń kręci amatorską kamerą drastyczny film ze świeżo poznaną koleżanką w roli głównej. Dziewczynka z "Siódmego kontynentu" - mając matkę okulistkę, udaje, że traci wzrok. Dzieci w " 71 fragmentach" są bohaterem zbiorowym, jest ich tu więcej i są bardziej zróżnicowane pod względem wieku, pochodzenia, zajęcia - mamy tu bezdomnego imigranta z Rumunii, Anne z domu dziecka, kilku studentów, w tym jednego szczególnego - Maxa, grającego wyczynowo w ping ponga - wszyscy choć otoczeni ludźmi, często nawet im przyjaznymi czują się nieszczęśliwi i opuszczeni. Podobnie zresztą jak dorośli, którzy w każdym z tych filmów, nawiązują między sobą dialogi (co nie znaczy, że z sobą rozmawiają), krzątają się wspólnie wokół domowych obowiązków, a jednak... niektorzy decydują się na desperackie kroki w swoim życiu. Przerażająca konkluzja wycieka z tej trylogii, niech nam się nie wydaje, że żyjąc ileś lat pod jednym dachem, znamy się nawzajem. Układne, przyzwoite zachowania, wzajemne uprzejmości, uśmiechy, wspólne wydatki, pytania i odpowiedzi przy niedzielnym obiedzie, cotygodniowe telefony do mamusi, listy pisane regularnie do teściów, to tylko gesty, jedne mniej lub bardziej wyuczone, one nie budują bliskości, nie stanowią gwarantu szczęścia, bezpieczeństwa. Samotnie, niczym planety krążymy wokół swoich osi, wpadając od czasu do czasu na siebie, a chwilowy, przypadkowy często, kontakt, budzi, bezowocnie, jeszcze wieksze pragnienie zatrzymania się na dłużej. A na dodatek ta świadomość, na której kształtowanie składają się współczesne media, wtlaczając nam w mózgi całe 24 godziny na dobę, informacje iż zyjemy na beczce prochu, w ciągłym zagrożeniu. Jeśli do tego dodać jeszcze nieustajaco rosnace wymagania, jakie galopujący ku szczęśliwości świat narzuca nam wobec siebie i innych, to nie ma się czemu dziwić, że co słabsi albo inaczej mówiąc, wrażliwsi, nie wytrzymują tego ciśnienia i... pękają.
skomentuj (0)
Całkiem przyzwoita ekranizacja historii niemieckiej terrorystycznej
grupy nazywanej początkowo od nazwisk pary jej przywódców -
Baader-Meinhof, później RAF (Frakcja Armii Czerwonej).
Film w miarę
obiektywnie ukazuje genezę powstania tego ugrupowania - tło polityczne,
pochodzenie społeczne głównych założycieli - dziennikarka (Ulrike
Meinhof), córka pastora (sic!) (Gudrun Ensslin) i jej kochanek Andreas
Baader - człowiek znikąd.
Początkowo, grupa protestuje przeciw
amerykańskiemu imperializmowi - wojna w Wietnamie, zbrojenie Izraela w
walce z Palestyną. Z czasem oscyluje ku skrajnej anarchii, gubiąc po
drodze cele, jakie ich motywowały u zarania działalności.
Wg mnie,
głównym przesłaniem filmu jest ukazanie spirali nienawiści, jaka nakręca
się w różnych ruchach społecznych, od momentu, kiedy pada pierwsza
ofiara, wszystko jedno po której stronie.
Baader-Meinhof zaczyna od
"niewinnego" podkładania nocą ładunków wybuchowych w dużych domach
towarowych, w ramach protestów przeciwko amerykańskiemu
konsumpcjonizmowi i chęci panowania nad całym światem, a szczególnie w
jego częściach obdarzonych złożami ropy naftowej. Któregoś dnia, jakiś zacietrzewiony
antykomunista zabija na ulicy strzałem z pistoletu jednego z członków
grupy. No i zaczyna się parada odwetów, także ze strony państwa
dbającego o ład w obywatelskich szeregach. Są aresztowania, procesy,
wyroki, ucieczki z więzienia, szkolenia grupy w Palestynie, protesty głodowe,
akcje porywania i zamachów na bankowców i inne osobistości, także
przewodniczącego Związku Pracodawców itd.
Jednym słowem, po
sprawdzeniu historii RAF i ich akcji zbrojnych, również historii
więzienia działaczy - wydaje się, że jest to dość wierna ekranizacja
dziejów tej grupy (no, może brakło historii wywiadowczej, na rzecz
państw komunistycznych, jaką się jej przypisuje). Ekranizacja
wzbogacona wieloma wątkami obyczajowymi, co czyni ją bardziej atrakcyjną
i wiarygodną - np. wyzwolenie seksualne (Baader i inni zostają usunięci
z obozu szkoleniowego w Palestynie w związku z brakiem subordynacji
wobec przepisów o czystości moralnej na terenie obozu), wyzwolenie
kobiet z pancerza narzuconego im przez wielowiekową tradycję
postrzegania ich jako kury domowe. Tutaj - i Meinhof i Ensslin są
matkami. Meinhof zarzeka się, że nigdy nie porzuci dzieci, jednak z
czasem ideologia, wywrotowa działalność społeczno-polityczna okazuje się narkotykiem, ktoremu podporządkowuje sie całe życie.
I tak,
obserwując tych zaangażowanych działaczy, sami już nie wiemy, czy oni
faktycznie wierzą w te hasła, które głoszą, zabijając często niewinnych
ludzi w imię deklarowanej wcześniej miłości do człowieka, czy po prostu
nie mogą się już wyrwać z tego transu, jaki daje im poczucie wladzy z
bronią w dłoni.
Polecam. Film jest ciekawy, choć może nie wyważa
zamkniętych drzwi (ale warto czasem sobie pewne sprawy po raz kolejny
uzmysłowić), z wielu względów. Na przykład, jako przyczynek do historii rozkwitu
terroryzmu, ktorego prapoczątek ma często źródło w bezsilności (tu
charakterystyczny moment podjęcia decyzji o wstąpieniu do grupy
dziennikarki - Meinhof), a później, w miarę upływu czasu i rozwoju,
staje się spiralą, z której bardzo trudno się wyplątać. Także, jako przyczynek
do analizy przekroju społecznego ludzi, którzy wprawiają w ruch tego
typu organizacje - są to ludzie światli, a posiłkujący się bardzo często osobami których życie z różnych
przyczyn wyrzuciło poza margines i nie mają już nic do stracenia. No i
można zobaczyć, jak działa taki terrorystyczny samograj, jeśli się go
nakręci, jak bardzo trudno jest go zatrzymać. Właściwie jest tylko jeden
sposób na zatrzymanie - eliminacja, słabszych przez silniejszych.
Wygrywa nie ideologia, a ten, kto ma większą władzę i więcej
broni. No i oczywiście jedno wielkie smutne przesłanie, jak wiele w
naszym, także tym sytym po uszy, świecie jest nienawiści. Nawet jeśli
pozornie jej nie ma, to nie łudźmy się, ona drzemie, czekając spokojnie
na dogodny moment, by się obudzić.
Niby nic nowego pod słońcem, niejeden powie wydymając pogardliwe usteczka, ale warto sobie pewne rzeczy przypomnieć, czy uświadomić - ten
film to tylko przykład, konkretna historia, ale schemat działania grup, ruchów terrorystycznych, jest taki sam, a przecież, terroryzm może miec różne twarze, nie tylko
czerwoną.
Poza tym, na korzyść filmu przemawia, oprócz jego uniwersalnego przesłania, także bardzo dobre aktorstwo i zdjęcia, a szczególnie bardzo
wiarygodnie, dynamicznie, pełne grozy i chaosu ukazane zamieszki,
wszelkie, od ulicznych począwszy, poprzez zadymę w ambasadzie RFN w
Szwecji, po te w więzieniu.
Jegor urodził się na biednej rosyjskiej wsi. Jako młody mężczyzna niezadowolony ze swego pochodzenia postanowił przekwalifikować się z chłopa na miejskiego złodziejaszka. Wyrzekłszy się swej ziemi, wsi, rodzinnego domu, matki, wiedzie dość swobodne życie, przerywane od czasu do czasu odsiadkami w celi więziennej. Poznajemy go właśnie po jednej takie "przerwie urlopowej", kiedy wychodzi na wolność i chyba po raz pierwszy nie ma, nie wie, co ze sobą począć. Na szczęście nie zatracił się jeszcze w swej przestępczej profesji do końca, tak naprawdę źle się czuje w swej fałszywej skórze miejskiego cwaniaczka. W głębi serca tęskni za matką, do której nie odzywał się przez kilkanaście lat. Zaczyna mu brakować tego prawdziwego poczucia wolności, którego nie daje mu jego złodziejski fach ( na co tak kiedyś liczył), a które wie, może poczuć tylko będąc tam, na ziemi, z której pochodzi. Po tylu latach, wreszcie przekonuje się, że tak naprawdę, to w środku nadal jest chłopem, kochającym wieś, tylko tam, może odetchnąć pełną piersią. Nie udało mu się przyrosnąć do nowej, obcej skóry, a wysiłki, które w tym celu czynił poszły na marne, sprawiły, że poczuł się wyczerpany, jeszcze bardziej zagubiony niż był kiedyś, przed wyjazdem do miasta. Jegor będąc w więzieniu nawiązał korespondencję z Lubą, mieszkającą niedaleko jego rodzinnej wsi. Postanawia spróbować zerwać z przeszłością, kumplami od włamań, jedzie w odwiedziny do swej nowej znajomej. Rodzina dziewczyny najpierw przyjmuje go nieufnie, wręcz z obawą, w końcu wyszedł z więzienia. Po jakimś czasie wszystko zaczyna się jako tako układać, lecz od przeszłości nie da się odciąć raz na zawsze. Jegorowi przyjdzie zapłacić za swe grzechy, nie tylko wyrzutami sumienia i bólem duszy w jakim się zatracił.
Bardzo piękny, ale i bardzo smutny film, jak rosyjska dusza, która nie może zaznać spokoju, którą gdzieś zawsze gna, podatna tak samo na wielkie porywy jak i na czarną rozpacz. Taki właśnie jest Jegor - prosty, bardzo wrażliwy człowiek, który wie gdzie jego miejsce, ale nie chce go zagrzać, chce stawić czoła wielkiemu światu, nawet za cenę groteskowości życia, jakie przyjdzie mu tam prowadzić. Pokusa poznania nowego, strach przed nudą i monotonnią życia, są silniejsze od wszystkiego, od miłości do matki, od wstydu i hańby, jaka czeka każdego uciekiniera i zdrajcę (bo takim niestety stał się, gdy bez słowa wyszedł kiedyś z domu i nie wrócił).
"Kalina czerwona" to ostatni film reżysera żyjącego i tworzącego w ZSRR Wasilija Szukszyna, który niemal całą swa twórczość (był także pisarzem) poświęcił tematyce wiejskiej. Interesowali go głównie ludzie, ich prostota, ale i wielka szlachetność, otwartość - (rodzina Luby mimo strachu przed nieznajomym kryminalistą bądź co bądź, nie rezygnuje z przyjęcia pod swój dach, ufa, w mądrość Luby i jej intuicję), ciekawość świata, ale i pewien ostracyzm z jakim sie spotykają, gdy do tego świata miejskiego odważą się wejść - bo i o zderzenie wsi z miastem głównie Szukszynowi w jego twórczości chodzi i o tego zderzenia konsekwencje. Pamiętajmy - filmy Szukszyna powstawały około 40 lat temu i to za czasów głębokiej komuny, gdy władzom wygodne było dzielenie narodu, podkreślanie różnic między poszczególnymi społecznościami. Do jednych z ostatnich scen filmu należy wypowiedź miejskiego cwaniaczka i złodzieja o Jegorze: "to nie był człowiek, to był chłop (dokładnie "mużyk") spod Archangielska, takich mamy tysiące". Pogarda i kompletny brak szacunku dla człowieka, tylko dlatego, że pochodzi ze wsi, że jest mużykiem, a tym bardziej przykre, że pochodząca z ust mieszczucha, mającego dokładnie te same korzenie - no bo któż jak nie wieśniacy zaludniali powstające po rewolucji miejskie "metropolie" (jak to zresztą bywa i bywało na całym świecie). Szkoda, że nie wszyscy pamiętają o jednym bardzo prostym powiedzeniu, dotykającym najgłębiej kwestii naszego pochodzenia - "wszyscy jesteśmy ze wsi".
"Kalina czerwona" należy do moich ulubionych filmów. Nakręcony przy pomocy nieskomplikowanych środków wyrazu, może chwilami zbyt ekspresyjnie zagrany przez samego Szukszyna, odtwarzającego rolę Jegora, ale mimo wszystko, zawsze, w każdej minucie wiarygodny. Nawet wtedy, gdy Jegor chodzi po polu i przemawia do brzózek jak do małych dzieci, gdy rzuca się na ziemię, którą przed chwilą zaorał, przeczuwając, że już niedługo przyjdzie mu sie z nią pożegnać, nie wydaje się ani przez moment nieprawdziwy, czy nie daj Boże, zabawny, z ekranu bije szczerość i niekłamane utożsamienie się twórcy ze swoim dziełem i jego bohaterem. Wszak Szukszyn to jeden z takich reżyserów i aktorów, który w pełni zasługuje na opinię, iż robił filmy z autentycznej potrzeby duszy, a takie zawsze chwytają za serce.
skomentuj (0)
Mamy gorące wakacje, a ja na przekór, o szkole i "Klasie". Film nagrodzony : 2008 Złota Palma w Cannes jako najlepszy
film festiwalu. I całkiem słusznie, bo to niezwykle oryginalny, stylizowany na dokument film o
niedomaganiach, albo może nawet klęsce demokracji, jako systemie rządów na tak
szczególnie wrażliwym terenie jak szkoła. Film stawia pytanie, czy w ogóle jest
możliwe pełne porozumienie między nauczycielami a uczniami, gdzie zawsze będzie
jednak obowiązywała jak od lat, i ze względu na relacje - dorosły i
niepełnoletni, ustalona i niepodważalna hierarchia z przewagą dla nauczycieli,
którą uczniowie dopuszczeni do głosu w systemie ocen z nauczania i zachowania, będą
za wszelką cenę starali się obalić, a nauczyciele będą jej bronić.
Oryginalny tytuł filmu brzmi chyba
"pomiędzy murami" i jest bardziej adekwatny do wymowy filmu. Polski tytuł
"Klasa", jest zdecydowanie za obszerny i nic nie mówiący, choć
wskazuje na miejsce i bohatera akcji - czyli klasę jako salę lekcyjną oraz jako
zbiorowisko młodych ludzi, zebranych w niej zupełnie przypadkowo, nie licząc
jednego roku urodzenia i rejonu zamieszkania. Postaci filmowe, nauczycieli i
uczniów gimnazjum pewnej szkoły na peryferiach Paryża, grają ciż sami uczniowie
i nauczyciele tejże samej szkoły. I robią to genialnie. W roli głównej,
nauczyciela języka francuskiego i wychowawcy klasy, wystąpił François
Bégaudeau, będący również współautorem scenariusza. Wydaje się, że lepszego
nauczyciela i pedagoga w jednej osobie, przyjaciela młodzieży, ciekawego swych
podopiecznych każdego z osobna, człowieka tak bardzo otwartego na bolączki
swych podopiecznych ze świecą szukać. Jego lekcja literatury i języka to nie
tylko wykłady, są one także okazją do dyskusji nad wieloma tematami, począwszy
od kolonializmu po dojrzewanie seksualne i niepokoje z nim związane. A jednak -
jak się okazuje i jemu, nayczycielowi wydawałoby się wręcz idealnemu, nie udaje się uniknąć pułapek związanych z
wolnością i skutkami wiążącymi się z daniem uczniom głosu w zarządzaniu szkoła.
Okazuje się, że mur między uczniem a
ciałem pedagogicznym, mimo usilnych starań ze strony dorosłych, prędzej czy później wyrośnie, a próby jego
zburzenia, zawsze kogoś zranią.
Film pozostawia widza z wieloma pytaniami, nie dając żadnych odpowiedzi, w tym
leży jego wielka siła, dlatego jest tak poruszający. Widzimy, jak trudno jest
rozwiązać jednoznacznie problemy współczesnej szkoły, a już tym bardziej
szkoły, w której występuje wielorasowość, a co za tym i wielokulturowość, bo w
takiej szkole się właśnie znajdujemy oglądając "Klasę". Tym bardziej
jeszcze jest trudniej, jeśli ma sie do czynienia z młodzieżą gimnazjalną, w
okresie dojrzewania, także emocjonalnego, a więc szczególnie uwrażliwioną na to
jak sie ją traktuje. Każde odchylenie od idealnego wzorca zachowań zakodowanego
w ich głowach, jest okazją do buntu i gniewu, czasem zupełnie bezkrytycznego i
niepotrzebnego, czasem słusznego. A co najważniejsze, i najsmutniejsze, podczas
tych mniej lub bardziej ukrytych wojen nauczyciel a uczeń, zazwyczaj pokonanym
zostaje ten drugi, a zwycięstwo nauczyciela czy szkoły ma często bardzo gorzki
smak.
Chciałabym zwrócić na świetne zakończenie filmu, czyli scenę
z dziewczyną, która przez cały film była niewidoczna, niczego się, jak sama
mówi, nie nauczyła, ale nie chce iść do zawodówki i postawienie jej w opozycji
do głównego bohatera wśród uczniów, czarnego Nassima, bardzo zdolnego i
bystrego modego człowieka, który wykluczył się ze społeczności szkoły jakby na
własne życzenie. A między nimi - Esmeralda
- dziewczyna, ktora daje radę być jednocześnie sobą i nie zniknąć z powierzchni
szkoły (tak nawiasem, zestawienie tej trójki to dobry przykład na zilustrowanie terminu "inteligencja emocjnalna"). :)
Bardzo, bardzo polecam - zero łopatologii, mnóstwo pytań w głowie po filmie.
Piękny (nie da się tego lepiej określić) obraz,
który można zaliczyć do antywojennych, propagujących wzniesienie się nad
wszelkimi granicami, jakie wyznaczył, i wyznacza ciągle, sobie i innym
człowiek, prowadzących do niepotrzebnych napięć, nienawiści, budowania
niszczących międzyludzkich relacji. Bardzo dobry wybór miejsca akcji filmu do
tego przesłania - nie pole bitwy, lecz obóz jeniecki, w tym przypadku japoński,
dla brytyjskich oficerów, na wyspie Jawa, rok 1942. Czyli, sami mężczyźni, na
dodatek z dwóch kulturowych biegunów, w sile wieku, ściśnięci na małym
skrawku ziemi, z doświadczeniem ciągle zmieniającej się dominacji jednych nad
drugimi, żyjący 24 godziny na dobę w nieustającym poczuciu zagrożenia. I w
takich oto warunkach rodzi się erotyczna fascynacja, jaką odczuwa ciemnowłosy
Japończyk, dowódca obozu, kapitan Yonoi, w stosunku do białego jak mleko,
złocistowłosego Anglika - majora Jacka Celliersa. Sytuacja jest bardzo
niezręczna, jako że wszelkie przejawy homoerotycznych uczuć, czy zachowań, są
bezwględnie tępione na terenie obozu (jedna z pierwszych scen to sąd i skazanie
na śmierć przez sepuku Japończyka i Holendra
których przyłapano nocą na stosunku homoseksualnym). Takie homoerotyczne
zakusy są niemile widziane we wszelkich społecznościach stricte męskich, także
samurajskich, gdzie są, zresztą, powszechnie obecne, a z czym owe społeczności
nie mogą się pogodzić, uważając to zjawisko za przejaw słabości i co za tym
idzie, za hańbę. Nagisa Oshima poświęcił temu zagadnieniu, blisko 15 lat po
„Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence”, film pt. „Tabu”, równie piękny, a
jeszcze bardziej poetycki, gdzie obserwujemy zmagania się z uczuciami
wojowników do niezwykle powabnego ucznia w szkole samurajskiej.
No cóż, po seansie nieodparcie nasuwa się wniosek, że jeśliby mężczyźni mniej
spinali pośladki (w przypadku tego akurat filmu, jest to zwrot jak najbardziej
adekwatny) - to w świecie byłoby mniej wojen, wzajemnych nieporozumień i
niedomówień. Oczywiście, nie chodzi tylko o tolerancję i łagodność rozumianą wprost w seksualnym odniesieniu. Ogólnie, ludzka
życzliwość, przychylność, ciekawość siebie, wyrzeczenie się pragnienia
dominacji, wzajemna akceptacja wszelkich różnic jakie nas dzielą, nawet w
codziennej mikroskali zwykłych relacji międzyludzkich, o czym opowiada pięknie
poprowadzony wątek przyjaźni Japończyka sierżanta Gengo Hary i tytułowego
pułkownika Lawrence'a, byłaby dobrze widziana. Bo to nie jest tak, że istnieją
jedynie słuszne racje, jakieś prawdy objawione, zawłaszczane przez jednych na
wieki wieków amen. Panta rhei, wszystko jest płynne, niczego nie możemy być pewni, tylko miłość, jak
najszerzej rozumiana, jest niezmienna, a jeśli ona jest, to wraz za nią pojawia
się szacunek dla wszelkich innych istnień. Jeśli dojdziemy do takiego stanu
ducha i umysłu, wtedy będziemy szczęśliwi, gdziekolwiek i kiedykolwiek. I
umierać będzie łatwiej, także wtedy, a może przede wszystkim wtedy, gdy śmierć
wydaje się bezsensowna i przedwczesna, gdy przychodzi na przykład (jak w
filmie) z rozkazu polityków, tych, którzy te powierzchowne, formalne różnice
kulturowe między ludźmi wykorzystują dla swych partykularnych celów. Na
szczęście, my, każdy z nas, mentalnie może być ponad tym... wbrew wszelkim
rozkazom, nakazom, obyczajom etc. - nie musimy się nienawidzić, nie musimy
tracić swego człowieczeństwa, możemy je zachować, nawet w warunkach skrajnie
temu niesprzyjających. Wspomniałam o śmierci, bo tej kwestii jest poświęcony
spory fragment filmu, a dotyczy on różnic jakie istnieją w stosunku do tego
zagadnienia w obu kulturach, a dokładniej śmierci w obronie honoru.
Sporego smaczku dodaje filmowi wybór biseksualnego Davida Bowiego do roli
Anglika Jacka Celliersa, obiektu pożądania powściągliwego Japończyka Yonoi
(tutaj świetny znany kompozytor muzyki filmowej Ryuchi Sakamoto) spadkobiercy i
kontynuatora samurajskich tradycji.
Bowie bardzo dobrze prezentuje się w tej roli.
Erotyzm emanuje każdym porem jego skóry, a kosmyki jego blond włosów nabierają
talizmatycznych, ba nawet sakralnych właściwości. Bardzo dobry duet powstał, dający popis oszczędnym, ale jakże wymownym,
gestem i spojrzeniem. A wtórują im inne duety, rozpisane, oczywiście, na męskie
głosy: wspomniany już wcześniej tytułowy pułkownik Lawrence przyjaźniący się z
sierżantem Gengo Hara - czyli Tom Conti i Takeshi Kitano oraz Tom Conti i Jack
Thompson (kpt. Hicksley) - prowadzący nieprzerwany, nieskończony i bezcelowy
dyskurs o dominację jednej cywilizacji nad drugą.
Polecam, film ciągle na czasie, nieskomplikowany, ale i nie prosty, i bardzo
subtelny, choć opowiadający o brutalnym męskim świecie, gdzie nie ma miejsca na
czułość, choć jest jej wielka potrzeba .
Przeurocza, mądra, radosna ale i przepojona nieco nostalgią z powodu
nieuchronnych końców pewnych światów, opowieść o rosyjskich ludziach,
tych ze wsi i tych z miasta.
Niura i Iwan są kochającym się
małżeństwem, takim na dobre i złe, cieszą się swoim wiejskim życiem,
pełnym znoju, często biedy (jak to kiedyś na wsi), w którym jednak nie
brakuje chwil pelnego szczęścia. Szczęścia płynącego właśnie z prostoty
życia - po pracy zawsze musi być zabawa
Ale tak się złożyło, nie wiadomo, czy na szczęście,
czy nieszczęście, że Iwan dostał skierowanie do sanatorium, do
uzdrowiska na południu ZSRR. Cóż robić, trzeba się zabierać i jechać, a droga
Wania i Niura stanowią
swoistą ciekawostkę dla pasazerów. Od razu widać, ze pochodza ze wsi,
są naiwni, nieco wystraszeni (pierwsza podróż
Na szczęście do przedziału wsiada profesor
językoznawca. Uradowany, że spotkał prawdziwych wieśniaków, zaprasza ich
do siebie, do Moskwy. Iwan i Niura chętnie robia sobie przerwę w
podróży, poznają życie miejskie od podszewki. Ale profesor pragnie, by i
Wania coś dał od siebie gronu naukowców i przyjaciół - organizuje dla
niego odczyt na uczelni. Iwan ma przemówić zza katedry, najlepiej, żeby
"coś" opowiedział. Ta scena stanowi swoisty punkt kulminacyjny filmu,
obrazujący, że nawet przyjaźń i dobra wola nie sprawią, że chłop i
inteligent, zbliżą się do siebie nagle, bez problemów.
W końcu
podróżujacy docierają do kurortu, a my wraz z nimi do końca filmu. Jest
pięknie, morze, sanatoria, mnóstwo, roześmianych ludzi, a wraz z nimi
małżeństwo z biednej rosyjskiej wsi. Podróż, pełna przygód sprawiła, że
umieją, albo starają się, cieszyć nową sytuacją w jakiej się znaleźli,
ale Iwan ciągle myslami wraca do swych pól nad szeroko rozlaną rzeką.
Świetny
film! W ogóle Szukszyn to szczegolny reżyser i aktor. Bardzo go lubię,
związany od zawsze, aż do przedwczesnej śmierci z tematyką wsi,
obserwujący z troską przemiany jakie w niej zachodzą, i zawsze w niej
zakochany. Dlatego jego filmy, bardzo proste są takie piekne, są
szczere, widać, że kocha to o czym opowiada. W filmach zazwyczaj, tak
jak i w "Pogwarkach", towarzyszy mu żona, Lidia Fiedosiejewa.
Polecam,
jestem ciekawa, czy komuś też się spodoba. A później, jeśli taki się
znajdzie, niech sięgnie po "Kalinę czerwoną".
Na 16-letnią Clareece "Precious" Jones spadły wszystkie
nieszczęścia świata. Pochodzenie i miejsce urodzenia – afroamerykańska
patologiczna rodzina w nowojorskim Harlemie,
150 kg żywej wagi, pełna nienawiści do córki oraz całego świata matka i
ojciec gwałcący ją regularnie od 3 roku życia. Chciałoby się też w tym miejscu,
jako dopust Boży, dodać dwójkę dzieci z własnym ojcem, w tym jedno z Zespołem Downa, ale .... to
właśnie owe dzieci są największym szczęściem, miłością i sensem życia Clareece.
Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tej wrażliwej i w gruncie rzeczy zdolnej
dziewczyny, gdyby nie druga ciąża, a z nią zainteresowanie dyrektorki
szkoły stanem dziewczyny i odesłaniem
jej do szkoły specjalnej pod jakże poetycką i wiele obiecującą nazwą: „Nauka nie musi być torturą”. Jak się
okazuje, Clareece trafia prawie do nieba, a jej aniołem stróżem zostaje
nauczycielka czytania i pisania panna Rain. Do opieki nad Clareece włącza się
także pracownica opieki społecznej pani Weiss (Mariah Carey – nie do poznania,
do samego końca zastanawiałam się, skąd ja tę panią znam). W nowej szkole, pod
wezwaniem żadnego świętego, ale za to z obietnicą nauki bez tortur, Clareece
musi włozyć dużo wysiłku w oswojenie
się z grupą dziewczyn, z którymi przyjdzie jej zdobywać podstawową
wiedzę z zakresu czytania, pisania i liczenia.
Oczywiście, na początku olbrzymia tusza, niekontrolowane wybuchy złości,
gniewu jako reakcja na najmniejszy przejaw krytyki, nie ułatwiają jej kontaktów
z koleżankami. Na szczęście, tu wszystkie dziewczyny są dziwne i wszystkie po
rozmaitych przejściach, nie ma więc mowy, o jakichś większych urazach, dąsach itp. A co
najważniejsze, nad wszystkim, a głównie nad dobrym samopoczuciem i gotowością
otwarcia się na świat swych podopiecznych czuwa prześliczna i anielsko cierpliwa panna Rain (Paula
Patton).
Ogólnie film z
bardzo pozytywną energią, choć, paradoksalnie, mnóstwo w nim scen przemocy
domowej, wulgaryzmów, jakimi obrzucają siebie nawzajem matka z córką. Niedawno
widziałam estońską „Naszą klasę” z negatywnym (co nie znaczy, że nie
niesłusznym) odczuciem jaki film pozostawia w stosunku do młodzieży,
nauczycieli, rodziców – chodzi o brak porozumienia, dobrej woli i odwagi w
pomocy , a wcześniej w rozeznaniu kto wśród szkolnego tłumu potrzebuje
prawdziwej pomocy. W „Precious” mamy sytuację odwrotną, czujność dyrektorki
szkoły, dobre słowo nauczyciela
matematyki (jak czasem mało potrzeba, by dodać komuś skrzydeł) a później opiekunów i nauczycielki w szkole
specjalnej, pomoc rówieśniczek w pokonywaniu najtrudniejszych chwil Clareece – przynoszą
sukces i Clareece odzyskuje człowieczeństwo, którego pozbawiła jej własna
matka. A dzieci spłodzone przez
własnego ojca nie będą przeszkoda w jej dalszym życiu, wręcz przeciwnie –
nadadzą mu jeszcze większy sens.
Na chwilę
uwagi zasługuje również postać matki, Clareece, zagranej rewelacyjnie przez
Mo”Nique. Za tę kreację zdobyła zresztą Oskara w kategorii aktorka drugiego
planu. Postać tragiczna. Jej bierna postawa wobec losu, powoduje że zarówno
swoje jak i córki życie spisała na straty. Nie walczy ani o siebie, ani o
Clareece, robi z siebie ofiarę, pragnie wzbudzać litość i współczucie, także po
to by uzyskać finansowe wsparcie od instytucji opiekuńczych. Jej jedynym
zajęciem jest oglądanie telewizji, jedzenie i użalanie się nad sobą, a w międzyczasie
poniewieranie córką oraz jej tuczenie,
by nie
podobała się
mężczyznom, także swojemu ojcu. Jakieś monstrum stworzone z kobiety, której
nikt nie dał ani nie nauczył miłości. Na szczęście Clareece, choć też
niekochana, gwałcona fizycznie i mentalnie przez swoich rodziców, zachowała resztki instynktu
samozachowawczego, a na dodatek intuicyjnie
wyczuwała dobrych ludzi i potrafiła czerpać siłę choćby z najmniejszego
przyjaznego gestu jakimi ją obdarzali.
Co wyróżnia
„Precious” wśród innych filmów o podobnej tematyce? Na pewno postać głównej
bohaterki, jej wiara w lepsze życie – ona ciągle, nawet w najgorszych momentach
życia nie załamuje się i wierzy w
dzień, kiedy spełnią się jej marzenia. A ich wizualizacja w trakcie gdy doznaje
upokorzeń ze strony najbliższych sprawia, że nie broni się przed aktami gwałtu,
ale i nie umiera za każdym razem, gdy się jej go zadaje – bywa bowiem wtedy
największą piosenkarką świata, albo właśnie odbiera Oskara za najlepszą rolę
lub śpiewa i tańczy w chórze gospel albo jest córką prawdziwej damy i właśnie
wspólnie spożywają wykwintną kolację.
Ta dziewczyna posiada naprawdę niesamowita intuicję, która podpowiada
jej co ma robić, by przetrwać.
Poza tym film
odznacza się się bardzo dynamicznym sposobem realizacji – krótkie ujęcia,
szybkie przybliżenia, komentarz kadrów z off-u z ust głównej bohaterki – forma
pamiętnika zostaje zachowana. No i zupełnie bezkompromisowe ukazanie relacji w
patologicznej rodzinie – nie ma żadnego owijania w bawełnę, jesteśmy świadkami koszmaru, jakie dane jest
przeżywać milionom dzieci w rodzinach, gdzie
traktowane są jak narzędzia do
zaspokajania najróżniejszych potrzeb i świadczenia wszelkich usług, począwszy od
seksuanych po zarobkowe – tu dobrze pokazane, jak można oszukiwać służby
socjalne wizytujące taką rodzinę starajacą się o zasiłki wychowawcze.
I jeszcze słowo o aktorce występującej w roli
Clareece - Gabourey
Sidibe, również
nominowanej do Oskara (główna rola kobieca), ale bez wygranej. To świetny
debiut, który wykorzystując sporą tuszę dziewczyny, starali się zdyskredytować niektórzy
ludzie, m.in. znany w USA dziennikarz radiowy Howard Stern. Ten pan pnazwał ją
"najpotężniejszą, grubą czarną dziewczyną, jaką kiedykolwiek
widział". Stern stwierdził także, że będzie jej trudno dostać role w
Hollywood ze względu na jej rozmiary.
No i fajnie, że facet dzięki niej poszerzył sobie horyzonty i że
podzielił się swoją świeżo nabytą wiedzą ze światem. A jego proroctwa, raczej
się nie spełnią, bo ta aktorka-amatorka ma już podobno rolę w kolejnym filmie -
"Yelling to the Sky". A ja życzę Gabourey, żeby sobie wyglądała jak
chce, albo jak nie chce ale musi. A po wyczerpaniu propozycji do ról charakterystycznych
niechby się zawzięła i pokazała temu chudemu białasowi z mikrofonem, na co ją
stać, nie tylko pod względem aktorskim. A może dlatego tak dobrze wcieliła się w rolę Precious, bo wiedziała czym jest
upokorzenie z własnego doświadczenia. I znowu, jak to mówią, klęskę udało się przekuć w sukces. :)