Oto kilka słów, w ramach komentarza do recenzji "Lektora" autorstwa Czarnego Kota.
Oceniam ten film, jako przyzwoitą robotę, w której zgrabnie połączono
przyjemne z pożytecznym, czyli inicjacją seksualną 15latka z dojrzała
ponad 40-letnią kobietą wpleciono w temat odpowiedzialności tzw.
"prostych" Niemców, za udział w zbrodniach hitlerowskich. Jeśli do tego
dołączyć analfabetyzm Niemki – strażniczki obozowej i łączący się z nim
jej wstyd oraz wielkie zamiłowanie do literatury – mamy całkiem
przyjemną opowieść o wojnie i holocauście.
Jeśli ktoś faktycznie
chce poznać poważne rozważania na temat, "jak to było urodzić się
Niemcem w nieodpowiednim czasie", niech lepiej sięgnie po ksiązke
„Łaskawe” Littela, który uprzedza czytelników już na wstepie "nie
myślcie sobie, ze jesteście lepsi, mieliście tylko więcej szczęścia". W
tym kontekscie przytocze pytanie jakie zadaje Hanna Shmitz, sędziemu,
drążącemu ją , dlaczego nie otwprzyła drzwi zamkniętym w kościele
kobietom, skazanym na spalenie – „ja byłam za nie odpowiedzialna,
miałam je doprowadzić na miejsce, do obozu, gdyby otworzyła drzwi
kościoła, wszystkie by uciekły. Czy pan sędzia postąpiłby inaczej, czy
może „jak pan sedzia by postąpil?”. Sędzia oczywiście nie miał
obowiązku udzielać podsądnej odpowiedzi.
W ogóle, uważam, że
jedną z najlepszych sekwencji w filmie, jest proces Hanny Schmitz, a
dokładniej - dyskusje profesora ze studentami prawa. Podczas nich padło
bardzo istotne zdanie: „Nie ważne, czy uważamy dany czyn za naganny,
ważne czy był on zgodny z prawem, z prawem epoki w którym zaistniał.
Film
nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia. Ot, oryginalny – z uwagi na
różnicę wieku, ale nie tylko bo także pochodzenia i wyksztalcenia,
dzielącą kochanków – melodramat. A żeby było jeszcze ciekawiej -
umiejscowiony w Niemczech, tuż po wojnie, by pokazać czkawkę, jaka
Niemców czasem dopadała za ich wojenne grzechy.
Wydaje mi się,
że efekt filmu zepsuło pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu.
Niepotrzebnie Daldry połączył dość banalny melodramat z tak poważną
tematyką jak zbrodnie hitlerowskie, tym bardziej, że miłosno-seksualna
sekwencja, była znacznie dłuższa i całkowicie przytłoczyła dramat
społeczno-polityczny. Pojawił się syndrom zgagi, czyli niespodziewany
niesmak i pieczenie w gardle po smacznym jedzeniu.
Niemniej, w
celach rozrywkowych, film warto zobaczyć. Nie był to zmarnowany czas,
także ze względu na obsadę głównych ról. Chociaż, nie do końca, bo
David Kross, jako 15 letni kochanek, nie bardzo mi przypadl do gustu.
Trudno było zrozumieć, co Hannę Schmitz urzekło w tym niedorostku. I to
nawet nie chodzi, o to, że nie miał urody Johhnego Deppa, on nie miał
żadnego wdzięku. Domyslam się, że tak miało być, że to Hanna miała
znowu górować, tak jak kiedyś górowała nad kobietami w obozie. To ona
miała temu związkowi nadawać ton, to chłopak miał się bardziej zakochać
w niej niż ona w nim, by mogła go kiedyś bez bólu porzucić, kolejny raz
zerwać z przeszłością, by nie przyznać się do swego kalectwa, za jaki
uważała swój analfabetyzm. Nie było to jednak przekonywujące, tym
bardziej, że trudno było zrozumieć jej analfabetyzm, bez nakreslenia
charakterystyki tej kobiety – znamy tylko w przyblizeniu jej wiek, nie
znamy pochodzenia, żadnej historii, dlaczego żyjąc w Niemczech ponad 40
lat nie nauczyła się czytać ani pisać, jakieś kuriozum. Zupełnie
papierowa postać, wycięta li tylko na potrzeby urozmaicenia
scenariusza.. Natomiast Fiennes jako dorosły Michael - jest ok, choć
znam jego lepsze role.
Jednym słowem warto, czemu nie, ale "Lektorowi" do najlepszego filmu Daldry'ego "Godziny" jest bardzo, bardzo daleko.
Właśnie, tak sobie myślę, że muszę chyba
niektórych przestrzec przed tym filmem. Skoro chwalę muzykę, pisząc, że
na szczęście mało w filmie prawdziwego punka, a uzupełnienie do niego
stanowi ploomkająca muzyka pana Blooma. Na dodatek podoba mi się zielony,
naiwny plakat do filmu, i uważam go za jak najbardziej adekwatny do
treści – to znak, że ci, którzy liczą na prawdziwe punkowskie klimaty,
prawdziwie rozwrzeszczane, podlewane w dużych ilościach jabolem czyli
winem patykiem pisanym, to się zawiodą.
Tak jak zawiódł się jeden z moich ulubionych felietonistów kulturalnych
GW, prowadzący swój Kajet Konesera w DF - Krzysztof Varga (felieton
""Punkowe Landrynki" DF 3/20010) Rzeczywiście – nie ma tu brudnego
punka, jaki autorowi znany jest z jego młodości, kiedy to chadzał po
szkole ze swymi kolegami pić wino truskawowe na warszawskie skarpy, a
wieczorami łapali czarnego doła słuchając do upadłego najnowszych
nagrań zachodnich punkowych kapel, przysyłanych im przez znajomych
znajomych z Anglii. Jasne, jeśli ktoś oczekiwał po Borcuchu, że zrobi
film na miarę „Control”, czy „Wściekłość i brud” to się rozminie z tym
na co liczył. Borcuch nie ogłaszał przecież, że zrobił hagiografii
polskiego punka, a pan Varga (mieszkaniec Warszawy, bywalec
przodujących klubów i konsument najnowszych ówczesnych trendów
muzycznych) musi pamiętać, że punk rodził się także na polskiej
prowincji, a poród tam bywa cięższy i bardziej opóźniony niż w stolicy.
Wszak Borcuch, ze swoim temperamentem, obrał sobie za cel, ukazanie
historii młodych ludzi, mieszkających gdzieś w małym miasteczku, którzy
żyjąc w kraju za żelazną kurtyną mogą ratować się przed nudą, wizją
życia jakie prowadzą ich rodzice, tylko uciekając w muzykę, bo tylko
ona tak naprawdę dawała im tę szansę i mieli do niej dostęp. Nowinki z
Zachodu docierają do nich jednak z poslizgiem, żaden z chłopaków nie
wspomina o rodzinie czy znajomych zagranicą. Radzą sobie więc jak
umieją, śpiewając utwory polskich zespołów, takich jak np. WC. Od nich
też chyba wzieli nazwę zespołu, dodając „K” na końcu. Może i dla
niepoznaki, nie chcąc się przyznawać się przed otoczeniem, ściemniają,
że chodzi o „Wszystko Co Kocham”, a nie WC-Klozet. To taka moja
dygresja i fantazja, bo ja też, podobnie jak K. Varga dziwiłam sie, że
taka subtelna i pełna miłości nazwa dla punkowego zespołu.
WCK nie jest jeszcze do szpiku kości zbuntowanym, wykrzykującym
wszystkim w twarz swą nienawiść do świata, zespołem. Oni dopiero
zaczynają. Tak naprawdę, dopiero pierwszy raz spotkali się z prawdziwym
życiem, jego brudem i zakłamaniem. Wcześniej śpiewali tylko dla fasonu,
bo cóż tak naprawdę miało ich wkurzać? Że mieli odrabiać lekcje i
chodzić do szkoły? Na to jako antidotum uzywali wina na nadmorskiej
plaży. Dopiero konflikt z komisarzem stanu wojennego, a wcześniej
doświadczenie seksualne Janka z sąsiadką, naprawdę ich boleśnie
doświadczył. To był ten kamyczek, który być może poruszył lawinę. Być
może. Bo tak naprawdę nie wiemy, czy zespół nie rozpadnie sie po
maturze, gdy każdy z chłopaków pójdzie w swoja stronę. Ale na pewno,
tamto doświadczenie z zakonczenia roku szkolnego, pozostawi w nich
jakiś ślad, dostali prawdziwą szkołę życia. I teraz, albo nadal
pozostaną buntownikami na swoja miarę, albo poddadzą sie i będą
trybikiem w maszynie, który trzeba oliwić na przykład alkoholem, albo
uciekna na zachód. Tego już nie wiemy.
Bardzo lubię pana Vargę, ale myśle, że niepotrzebnie obraził się na
Jacka Borcucha, że zrobił film, o którym felieton zatytułówał „punkowe
landrynki”. To jest spojrzenie reżysera na punkową młodzież, z
perspektywy prowincji (Borcuch pochodzi z Kwidzynia). Varga – może mieć
swoje, wielkomiejskie, warszawskie i nikt też do niego nie ma o to
pretensji.
"Wszystko co kocham" – opowiada w bezpretesjonalny sposób o tysiącach
młodych, z setki małych miast w Polsce, którzy radzili sobie jak umieli
z życiem, a że muzyka jest lekiem na całe zło – jedni jej słuchali,
drudzy zakładali swe małe szkolne zespoły, umierające pewnie
najczęściej wraz z opuszczeniem szkolnych murów.
Pan Varga pisze w swym felietonie:
„Pozostaje mi czekać, aż ktoś zrobi wreszcie prawdziwy brudny film o
polskim punku. Mógłby to zrobić Wojciech Smarzowski, u ktorego w „Domu
złym” leci przecież inny klasyk tamtych czasów „Spytaj milicjanta „
Dezertera.”
No, fajnie by było, pewnie. Moglibyśmy porównać, a nawet
pofantazjować, że oto Janek z WCK nie zaprzepaścił swoich ideałów,
także muzycznych, rozwinął się, rozbuntował jeszcze bardziej, nabrał
odwagi, porzucił grzeczne ułożone życie u babci (na które się zanosiło)
i proszę – wyrósł na prawdziwego rasowego punka, a może nawet się
prawdziwe rozpił (tu talent Smarzowskiego miałby zapewne pole do
popisu), rozhulał, stał sie legendą, autentycznym punkowym wyrobnikiem.
Czemu nie? Bywało przecież i tak. Póki co, pożegnaliśmy go na rozdrożu
jego życiowych wyborów.
"Rewers”, „Dom zły” i „Wszystko co kocham” – trzy
polskie filmy w jednym roku rozliczające się z minionym mrocznym okresem
współczesnej, powojennej Polski. I aż dwa z nich opowiadające o przełomowym
stanie wojennym, ogłoszonym przez polityka klasy, jaką nie może się poszczycić
żaden z obecnie rządzących – Wojciecha Jaruzelskiego. „Dom zły” i „Wszystko, co
kocham” – jakże różne obrazy tej samej epoki. Dwie zupełnie przeciwległe
perspektywy spojrzenia, dwa sposoby radzenia sobie z życiem. I to nawet nie
chodzi o to, że „Dom zły” to wieś, a „Wszystko, co kocham” – małe miasto.
Bohaterowie dnia codziennego co prawda nie rodzą się na kamieniu, ale miejsce i
czas ich zaistnienia nie ma ograniczeń. Można, tak jak to zrobił Smarzowski
skupić się na apatii, bierności, narzekaniu na system, obwinianie go za
wszelkie zło. A można, jak Borcuch –
pokazać, że życie o każdej historycznej porze może być piękne, pulsujące, pod warunkiem,
że się je weźmie autentycznie w swoje ręce. I nieważny jest kaliber naszych
poczynań, grunt by były one szczere i naznaczone miłością oraz taką naiwną, lecz jakże zbawienną, radością życia.
Wszystkie te trzy filmy łączy jeden wątek – każdy przyzwoity człowiek żyjący w
socjalistycznych czasach skazany był na prowadzenie, z jakże różnym skutkiem,
swych małych prywatnych wojen i wojenek z "nimi".
Borcuch porusza ciekawą sprawę - czym jest patriotyzm,
poczucie wolności. Para głównych bohaterów – Janek i Basia /skąd ja to znam?
/wywodzą się z dwóch, jakże odmiennych rodzin. Janek jest synem mundurowego,
dokładnie oficera marynarki wojennej, czyli pochodzi ze sfery jakże pogardzanej
w ówczesnym czasie, zresztą przez filmową rodzinę jego dziewczyny także. Ojciec
Basi, jak się domyślamy, jest działaczem Solidarności. Na kilka miesięcy przed
wybuchem staniu wojennego zostaje aresztowany, z czego cała rodzina jest bardzo
dumna.
Wraz z upływem fabuły, nabieramy jednak wielkiego szacunku
do ojca Janka (Andrzej Chyra - jak zawsze świetny). Okazuje się być on
człowiekiem godnym zaufania, mającym honor, spokój, zdecydowany w imię
wolności stracić cały swój dotychczasowy dorobek zawodowy. Natomiast działacz
Solidarności po wyjściu z krótkiego aresztu, postanawia szukać wolności poza
zachodnimi granicami ukochanej ojczyzny,
dokładnie w Niemczech. I teraz pytanie - która wolność jest mocniejsza i
prawdziwsza? Ta, którą nosimy w sobie, zawsze i wszędzie, czy ta zagwarantowana
prawnie? Kto bardziej kocha ojczyznę, ten kto zostaje z nią na dobre i na złe,
czy ten, który w chwili zawieruchy dziejowej bierze nogi za pas i ucieka, gdzie żyje się dostatniej, łatwiej i swobodniej. Piękny i ważny
wolnościowy motyw, i bardzo subtelnie ukazany. A przy okazji przypomnienie –
nie sądźmy ludzi po pozorach, po przysłowiowych sukniach czy mundurach.
Ale oczywiście, najważniejsza jest tu historia młodości,
pożegnania z niewinnością – przełom dziejowy łączy się z
przełomem dojrzewania, a najważniejsze - zawsze być wiernym sobie, nie porzucać
swoich ideałów i być zawsze wolnym, nawet jeśli się nie jest. Amen.
Film, wydaje mi się wart Złotego Klakiera w Gdyni 2009,
trzymam kciuki za uhonorowanie go czymś na festiwalu Sundance. Pochwała dla
młodych aktorów, starych nie trzeba już chwalić, tylko potwierdzać, że jak zawsze nie zawodzą (A. Chyra, K. Herman i cała reszta). Miło było zobaczyć, i posłuchać (co za głos! sama Faithfull by się nie powstydziła) Ewy Kolasińskiej, którą
pamiętam głównie ze "Spotkań z balladą". No i cóż, pozostaje mi
tylko teraz zobaczyć "Tulipany" Borcucha i czekać na kolejny jego film.
Acha, początek "Wszystko, co kocham" nie porywa za mocno, ale warto poczekać aż się chłopaki z
zespołu WCK rozkręcą, nie tylko na scenie. Poza tym świetnie, że film ilustruje
nie tylko muzyka punkowa, bo bym chyba nie ścierpiała. Dawka, którą nam
zaserwowano jest w sam raz. Później uzupełnia ją, raz mocniejsze raz słabsze,
ploomkanie pana Blooma, ogólnie więc muzyczny bilans wychodzi na zero i jest
dobrze.
skomentuj (0)
Film wpisuje się ulubioną przez większość widzów
konwencję kina drogi. Opowiada o losach Eliasa - być może
Turka, Algierczyka, Marokańczyka (nie jest to uściślone), ktory w
poszukiwaniu raju wybrał się, za ciężkie pieniądze zapłacone przemytnikom współczesnych
niewolników, w podróż przez Morze Śródziemne do Francji. Niestety, jak to
najczęściej bywa, wskutek łotrostwa wspomnianych przewożników, nie obywa się bez dramatycznych przygód. Pomijając warunki transportu, które śmiało można by nazwać bydlęcymi, przemytnicy, aby pozbyć się kłopotliwego bagażu, zabierają wszystkim wszelkie dokumenty, zdjęcia, czyli to, co mogłoby służyć do identyfikacji przewożonych nielegalnie osób, i opuszczają chyłkiem łódź, zostawiając wszystkich na pastwę losu, a raczej na pastwę niechybnej i szybkiej deportacji. Prawdopodobnie wcześniej dali cynk odpowiednim służbom, o nadpływajacym ładunku. Ale Elias to stosunkowo bystry chłopak, zauważa co się święci i, aby nie dostać
się w ręce zbliżającego się nabrzeżnego francuskiego patrolu policji, ratuje się ucieczką,
skacze do wody. I tak zamiast w Paryżu, który obrał sobie za cel podróży, ląduje na francuskiej Riwierze, wprost
na plaży eksluzywnego klubu dla bogaczy o nazwie „Eden”. Odtąd jesteśmy
świadkami dalszej części jego wędrówki, już na własną rękę, ku ziemi obiecanej,
jaką jawi mu się tylko i wyłącznie stolica Francji.
Na szczęście, Elias jest przystojnym młodym
mężczyzną (można sprawdzić - wystarczy tylko wyklikać "Riccardo Scamarcio", odtwórcę głównej roli), podoba się kobietom (a nawet mężczyznom, o ile trafi na geja), bywa, że spotyka się z ich
strony z sympatią i pomocą. Czasem jest to kłopotliwe, ale umożliwia mu
podróż, co nie jest łatwe, zważywszy, że chłopak stracił wszystko, ubranie,
pieniądze, dokumenty. Niestety, przyjemna aparycja to jednak za mało, by można
było liczyć na bardziej konkretną pomoc, w postaci zatrudnienia, mieszkania etc.
Film stanowi świetny przegląd rozmaitych sylwetek, postaw ludzkich, ich stosunek do obcego, a w konsekwencji w ogóle do człowieka. Daje się zauważyć, że kobiety jednak wykazują się bardziej humanitarnym podejściem, a może po prostu próbują w tej grze ugrać także coś dla siebie? Odrobinę ciepła, oparcia o męskie ramię, jakieś wspomnienia dawnych uczuć? Mężczyźni raczej nie patyczkują się z bezbronnym, wydanym na ich łaskę lub niełaskę imigrantem – oszukują go na wszystkie sposoby, wykorzystują bez skrupułów jego naiwność, brak obycia, nieznajomość języka, okradają go z czego tylko się da, czyli z ostatnich groszy, ze zdobycznego ubrania itp., wyśmiewają, zabawiają się jego kosztem, szczują, angażują do niewolniczej pracy. Oczywiście, są pojedyncze wyjątki, należy do nich tylko wspomniany gej (po wcześniejszym wykorzystaniu seksualnym Eliasa przymyka oko na jego cichą rejteradę z klubu Eden) i... obcokrajowiec, Niemiec - kierowca tira. Czyli mamy niezłą krytykę współczesnego francuskiego społeczeństwa, choć trzeba przyznać, że Costa-Gavras nie ukazuje zdecydowanie żadnych aktów nienawiści. Raczej brak zrozumienia i empatii, obojętność, chłód, zainteresowanie tylko wtedy, jeśli można takiego imigranta wykorzystać, czy to w obozie pracy, czy po prostu okradając niecnie.
Smutne wnioski ... chlubimy się rozwojem naszych (naszych, bo rzecz tyczy nie tylko Zachodniej - i to w tym filmie też jest zaznaczone) cywilizacji, najnowszymi technologiami pomocnymi do wytwarzania niezmierzonych i często zupełnie niepotrzebnych dóbr materialnych, lecz duchowo nadal stoimy w miejscu - czcząc od tysiącleci niezmiennie i namiętnie swoich bogów, godność ludzką ciągle mamy za nic.
skomentuj (2)
Co to się nie nadziało przed premierą „Domu złego”, /you/tuby rozgrzane do czerwoności, branżowa prasa zapowiadała, że oto objawi nam się polski Tarantino, a na dodatek jeszcze w zimowych i groteskowych klimatach coenowskiego „Fargo”.... Na forach filmowych huczało jak w ulu, w końcu reżyser Smarzowski zasłynął kilka lat temu swym „Weselem”, które na podobieństwo „Wesela” Wyspiańskiego, chciało rozprawić się z polskim społeczeństwem III RP, biorąc je pod lupę/kamerę, niestety, nie uwzględniając, o ile pamiętam, zbyt szerokiego wachlarza ( tak jak młodopolski mistrz dramatu), grup społecznych. Skupił się głównie na nowobogackich pochodzenia chłopskiego. I na to wygląda, że to środowisko jest Wojtkowi S. ciągle bardzo bliskie sercu, a może po prostu, tak ma już opanowaną jego „stylistykę” (ogólnie rzecz ujmując), że nie warto, nie ma ochoty, nie chce mu się, brać i rozpracowywać inne warstwy naszego kochanego narodu. Zmienił natomiast ewidentnie czas akcji. Zaglądamy mianowicie na polską wieś, dokładnie na jej mały fragment, bo tylko do jednej chałupy, patrzymy jak też mogło wyglądać życie bohaterów „Wesela” ponad 20 lat wcześniej, zanim zdążyli dorobić się wielkich pieniędzy w wolnej Polsce, jeśliby oczywiście czasów III RP dożyli, nie zapiwszy się wcześniej na umór.
Mamy nawet tego samego aktora, kreującego rolę ojca i męża czyli pana domu, jedną z głównych w obu filmach, jest nim oczywiście Marian Dziędziel, w „Domu złym” zwany Dziabasem. Dziabas ma drugą żonę, pierwsza po urodzeniu syna Janusza, przeniosła się od razu na drugi świat. Druga żona, czyli moja ukochana polska aktorka Kinga Preis, jest znacznie młodsza od starego Dziabasa, co oczywiście przysparza tylko rodzinie kłopotów - kobieta, jak mawia Dziabas, wzięta prosto zza barowego kontuaru, garnie się do ludzi, szczególnie rodzaju męskiego. Małżeństwo mieszka sobie w domku na uboczu, samotnie, bo Januszek, to właściwie ciągle w tango chodzi. Pewnego wieczora do dziabasowego obejścia przybywa przypadkowy gość – zootechnik, który w miejscowym PGRze, ma zastąpić tego, któremu się parę miesięcy wcześniej tragicznie zmarło. Jak to mówią gościnni Polacy „gość w dom – Bóg w dom”, Dziabasowie nie szczędzą przybyszowi napitku ani jadła. Ani pościeli. Od słowa do słowa, od kieliszka do kieliszka, a po chwili mężczyźni prawie szlochają z miłości do siebie, zdradzając sobie nawzajem wszystkie tajemnice, łącznie z zawartością skarpet. Robi się bardzo serdecznie i miło, ale widz swym siódmym zmysłem wyczuwa, że także bardzo niebezpiecznie. I to jest jedna warstwa filmu, ta przeszła, czyli lata późnosiedemdziesiąte ubiegłego wieku. Przeplata się ona z rokiem stanu wojennego 1982, kiedy to właśnie tenże Środoń (naprawdę znakomity Arkadiusz Jakubik), przybyły kilka lat wcześniej w gościnne progi podkrośnieńskiej wsi, celem ułożenia sobie nowego życia (po nagłym zgonie żony), bierze udział w śledztwie, jako główny podejrzany, w jakimś dziwnym, groźnym wydarzeniu, pewnie morderstwie. Co się dalej wydarzyło tamtego pamiętnego, jakże dobrze zapowiadającego się, wieczora, dowiadujemy się na bieżąco, wracając co rusz do czasu mocno zakropionej bimbrem, makabrycznej kolacji. No i cóż, znowu wychodzi jak zawsze, wszystkiemu winien jest seks i kasa, kto się nie oprze ich pożądaniu, marnie kończy. Od tego się, zresztą cały ten ambaras zaczął. Dlaczego Środoń wpadł w tarapaty? Ano, dlatego, że nieładnie podglądał ochlapującą się w misce, roznegliżowaną do połowy, panią Dziabasową, czego nie mógł znieść ich piesek i dziabnął w nogę, w imieniu swego pana, miejskiego intruza.
No i tyle z grubsza. Dość prosta fabuła, ciemna zimowa noc, głucha polska wieś, położona na najdalszych i najdzikszych kresach Polski (Bieszczady za takie uchodzą), samotny wędrowiec, ciemni ludzie, jakieś kreatury, a może bardziej karykatury? Polski upadły ćwierć inteligent Środoń, a obok niego także samo upadły półinteligent prokurator, polska milicja, polskie kobiety – nierozgarnięta milicjantka, zepsuta Dziabasowa, przedstawicielstwo chłopstwa oczywiścia wypada najgorzej – ubabrany pijany Dziabas, wiejska bezzębna baba w kraciastej chuście rozdająca na prawo i lewo bimber; jej syn - wiejski głupek reprezentujący wraz z Januszkiem Dziabasem, kwiat narodu, czyli młodzież, również nie wypadają najlepiej. Jeśli do tego towarzystwa dołaczyć księdza geja, i dobrego milicjanta Mroza (brawa za choć jedno złamanie schematu!) i jeśli dodać, że wszyscy uwikłani są mniej lub bardziej w jakieś miejscowe machloje, no to mamy socjalistyczną Polskę w całej krasie. Biedny naród, który musi pić i kraść, łajdaczyć się, by przeżyć, albo uzbierać na Poloneza. :)
Oczywiście, można by się w tym filmie, jak w każdym doszukać uniwersum o ludzkiej naturze, w której zawsze drzemie zło i tylko czeka na okazję by mogło wynurzyc się na powierzchnię. Życzliwi filmowi mogą się doszukać powiązań państwa Dziabasów z szekspirowskim Makbetem i panią Makbet. Owszem, w każdym filmie, jeśli się dobrze poszpera, można znaleźć odniesienia do Biblii /ulubiona czynność pana K. Kłopotowskiego :)/, czy bohaterów Szekspira, który w swych dziełach przerobił chyba wszystkie psychologiczne pobudki ludzkich zachowań. Ja, niestety, podczas seansu, siedziałam tylko na tej polskiej wsi, patrząc na biednych ludzi, z lekka ograniczonych umysłowo, których myślenie nie wykracza dalej poza ich zagrodę, którą marzyli by upiększyć nowym Polonezem. Za skradzione Środoniowi pieniądze. To nie byli ludzie źli, to byli ludzie biedni materialnie i umysłowo, którzy na ścieżkę zbrodni weszli przypadkowo, kierowani instynktem, jak zwierzęta, walczące o lepszy byt. Postaci zaludniające „Dom zły” nie należą do skomplikowanych psychologicznie – oni pragną tylko dobrze zjeść, napić się i „podupczyć”, jak mawia pięknie inżynier Środoń, a do tego potrzebne są pieniądze, i tyle. Tam nie ma żadnych skomplikowanych intryg, wyrafinowanych procesów myślowych, żądzy władzy, jest tylko zwierzęce zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych.
Prawdziwe ludzkie zło, rozlewa się w filmie Bałabanowa, „Ładunek 200”. Zło uprawiane dla samej przyjemności jego czynienia, dla upajania się władzą nad pojedynczym ludzkim życiem, dla bezgranicznego upodlenia drugiego człowieka, chciałoby się powiedzieć zło nieludzkie, ale przecież tylko czlowiek potrafi stworzyć drugiej żywej istocie prawdziwe piekło.
Wracając do filmu. Największym jego atutem, moim zdaniem, jest aktorstwo. Tylko najlepsi potrafili, z tych tak schematycznych, ale jednocześnie charakterystycznych dla ówczesnej Polski, postaci wydobyć błysk ocieplający ich osobowość. To Marian Dziędziel, Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik sprawili, że odebrałam ich Dziabasów, Środonia jako ludzi niezepsutych, złych, do szpiku kości, lecz ludzi zagubionych w ówczesnym świecie, nie ze swej winy także. Miejsce urodzenia, zamieszkania, również warunkuje człowieka, oni nie mieli wpływu, sił, możliwości intelektualnych, by wyrwać się z bagna, w którym przyszło im taplać się dzień w dzień. Jedyna szalona próba, jaką podjęli, zakończyła się fiaskiem.
I jeszcze jedno. Mam żelazną zasadę – nie czytam recenzji przed zobaczeniem filmu. Niestety, podpuszczona przez „tłuszczę”, prasę i w ogóle ogłuszona wielkim szumem wokół filmu, skusiłam sie na przeczytanie jednego zdania z recenzji krytyka (za którym nawiasem mówiąc nie przepadam, jak się okazało – całkiem słusznie), Krzysztofa Wróblewskiego, zamieszczonej w „Polityce”, ktory podsumował swe wrażenia zdaniem, że „Dom zły” jest najlepszym antidotum na nostalgię za socjalizmem. No i masz, nastawiłam się odpowiednio, nastroszyłam, bo nie znoszę polityki negacji, potępiania wszystkeigo co było w czambuł, burzenia pomników, ogłaszania wszystkich agentami, w ogóle tej całej podniety tym co było ze stratą na rzecz myślenia o tym co jest, albo może być w przyszłości, i w następstwie - braku umiejętności wyciągania wniosków z błędów popełnionych w historii, czego Polacy od setek lat nie mogą sie nauczyć, popadając ciągle w uzależnienia, także polityczne.
Jak się okazało, „Dom zły”, faktycznie przedstawia w złym świetle nasz polski Dom. Taki on był, z takiego domu ogólnie biorąc, pochodzimy. Co gorsza, nie otrzymujemy nadziei, że będzie lepiej (końcowa scena chaotycznych ruchów, w jakie popadają bohaterzy filmu). Domownicy zaludniający go nie należą do kwiatu ludzkości, ale przecież miernota stanowią większość całego globu ziemskiego. Brakło mi mimo wszystko, dla zrównoważenia, choć jednej pozytywnej postaci. To znaczy ona się pojawiła, okazał się nią po części, porucznik Mróz, o dziwo porucznik Milicji Obywatelskiej, organu znienawidzonego przez socjalistyczną społeczność. Niestety, i on poległ na placu boju w samczej walce o pierwszeństwo do obcowania z wybranką, pokonany przez rywala. Można oczywiście, jeśli nie zasugerowało sie wcześniej słowami pana Wróblewskiego, dopowiedzieć sobie, że ludzie zawsze i wszędzie jednakowi, zawsze wystawieni na pokusy złych żądz, także w III RP, lecz żadnego sygnału w tym względzie od tworców filmu nie otrzymujemy.
Mój stosunek do filmu? Przyznam szczerze, że na początku, tuż po seansie w kinie, nie był najlepszy. Film mnie nużył. Lubię filmy grozy, ale takiej prawdziwej, nieznanej, tajemniczej. Grozy przedstawionej w filmie – brudu, smrodu i ubostwa polskiej wsi, naoglądałam się już po dziurki w nosie. Akcja filmu nie zaskoczyła mnie ani trochę. Wiadomo było, że jeśli dom na uboczu, zamieszkany przez zapijaczone kreatury odwiedza nieznany przybysz, na dodatek wędrujący wraz z całym swoim majątkiem, musi sie coś wydarzyć. Pytanie tylko było, kto kogo najpierw weźmie pod nóż. Postaci wydawały mi się skrojone na jedną miarę, mają być pijane i przygłupie, tak, żeby było i śmieszno i straszno zarazem, jak w ruskim filmie. Po głębszym zastanowieniu i dyskusjach zdanie nieco zmieniłam i tak, jak już wspomniałam wyżej, doceniłam sztukę aktorską, jaką zaprezentował w filmie cały zespół artystów, z naciskiem na trzy nazwiska, ktore już wymieniłam. Jednak, dla mnie liczy się moje pierwsze wrażenie, które mnie na ogół nie zawodzi, i które sobie bardzo cenię. Jak na film o socjalistycznej Polsce i ludzi uwikłanych w system (te drobne poniżej ludzkiej godności machloje, one nie były tu bez powodu ukazane), w pijaństwo, jest filmem za ubogim, za jednostronnym, za płaskim. Jak na film, mający szersze ambicje (o co posądzają go niektórzy widzowie), biorący sobie za zadanie, ukazanie natury człowieka w ogóle, nie tylko Polaka, jest ubogi jeszcze bardziej.
Niemniej, uważam „Dom zły” za wart uwagi, tego typu makabreski, co prawda w łagodnym wydaniu, ale zawsze, chyba żeśmy w III RP jeszcze nie mieli. Teraz pozostaje nam tylko czekać, na następną, osadzoną tym razem czasem akcji w Polsce współczesnej, katolickiej, rozmodlonej, z krzyżami na każdej niemal publicznej ścianie. Można by się śmiało zainspirować historią znaną z gazet i TV, sprawą porwania i śmierci K. Olewnika i pokazać szerszy wachlarz ludzi uwikłanych w zło – od polityków począwszy, poprzez biznesmenów, na prostaczkach wykonujących najbrudniejszą robotę kończąc. Być może, kolejny raz okazało by się, że fabule filmowej trudno prześcignąć życie. :(
skomentuj (3)
Od jakiegoś czasu ciągle się z „Meduzami” stykałam. A to zakolegowany blogowicz napisał o nich notkę, której za bardzo nie tykałam, nie żebym się bała poparzenia, nie, nie, wiedziałam, że chcę ten film kiedyś zobaczyć, a więc starym zwyczajem, wolałam o nim za dużo nie czytać, i nie wiedzieć, nie sugerować się opinią innych. Później, gdzieś, na jakimś forum mignąl mi wątek założony przez miłośnika filmu... A to jakaś relacja z festiwalu „ENH” zawierała informację, że ten tytuł pojawił się na imprezie pana Gutka i warto zobaczyć, w końcu film izraelski w repertuarze światowej kinematografii nie pojawia się za często, a poza tym, to debiut reżyserski i scenariuszowy pisarskiego małżeństwa Etgara Kereta i Shiry Geffen (to drugie nazwisko, wielkie, jak najbardziej kojarzy się z filmem). I tak, miałam ten tytuł zakodowany w pamięci na amen. Polowałam na niego w kinach, ale cóż ja mogę, mieszkając ponad 60 km od wielkiego miasta – tego typu produkcje wyświetlane są tylko w malutkich studyjnych kinach, na dodatek późno wieczorem. W końcu pojawiła się nadzieja, w moim niedużym mieście, urządzono tygodniowy festiwal kultury żydowskiej. Łał! Jedną z atrakcji miał być seans w kinie (darmowy), właśnie "Meduz" i „Przyjechała orkiestra” (też chcę). Niestety, akurat w tym dniu wypadł mi pogrzeb cioci z Warszawy (to nie żart). W końcu, w końcu, w jednej z osiedlowych bibliotek Poznania trafiłam na wytęsknione "Meduzy" (tak, teraz biblioteki wypożyczają za friko, i na cały tydzień, filmy na dvd – super!). Łapnęłam je bez wahania, a niechby mnie i nawet popieściły swoimi parzydełkami, miałam to gdzieś, tym bardziej, że w tym roku, będąc 10 dni nad morzem miałam z nimi codziennie do czynienia, więc się oswoiłam, no i zobaczyłam. I co? No, przyznam, że to dość interesujący film, tym bardziej, że tematycznie z gatunku, jakie lubię najbardziej - o samotności ludzi wśród ludzi.
Fabuła filmu rozbita jest na kilka równorzędnie prowadzonych wątków, których bohaterowie w finale nie spotykają się wszyscy ze sobą, wręcz przeciwnie, rozchodzą się, idąc każdy w swoją stronę. Widzimy, a raczej czujemy, że dane im będzie dalej dryfować samotnie po oceanie życia, niczym tytułowym meduzom, które jak wiemy, wyrzucone na brzeg, poddane działaniu słońca, giną. Czyżby pesymizm autorów filmu był aż tak wielki?! Czy chcą nas przekonać, iż naturalnym środowiskiem ludzi, tak jak meduz, jest ocean (samotności)? Jak najbardziej się z tym zgadzam, co zresztą nie doprowadza mnie wcale do rozpaczy... Życie.
Sporo w tym filmie kobiet. Właściwie, to o nich jest ten film. Mężczyźni są, a raczej pojawiają się, i tylko po to, by upewnić wszystkich (i widzów, i bohaterki na ekranie), że nie mogą dać im szczęścia. Każdy z nich, czy to będzie świeżo upieczony małżonek, czy syn starej kobiety, czy eks- mąż kobiety publicznej, czy ojciec, czy policjant – pozostawiają po sobie pustkę.
BATIA, młoda dziewczyna, kelnerka, ma rodziców, co prawda rozwiedzionych, ale
jednak. Matka – udziela się w reklamie fundacji typu „Dach nad głową dla
każdego” . Córka codziennie ogląda ją w telewizji, siedząc samotnie w swoim
mizernym, wynajmowanym za ciężkie pieniądze, mieszkaniu, z wiecznie
przeciekającym dachem nad głową (sic!). Ojciec – znalazł sobie bulimiczkę w
wieku córki, którą musi się nieustannie opiekować, nie ma więc czasu dla swego
dziecka, szukającego u niego odrobiny serca, wspomnień i starych ciuchów dla
pięknej rudowłosej dziewczynki, którą Batia znalazła nad brzegiem morza,
wyrzuconą przez fale.
KEREN – to świeżo upieczona panna młoda, ktora w wyniku złamania
nogi na własnym weselu, miesiąc miodowy, miast na Karaibach, spędza w hotelu na
obrzeżach Tel Awiwu. Niestety, miłość młodych małżonków zostaje wystawiona na
ciężką próbę – mąż spotyka pewnego dnia, wracając z zakupami dla
unieruchomionej żony, tajemniczą pisarkę, z którą nawiązuje dziwną, intrygującą
intelektualno –duchową więź, czyżby jego ślub okazał się pomyłką? A pisarka
zatrzymała się w hotelu z pewnym skonkretyzowanym zamiarem, czy uda się jej go spełnić?
Jest też w tym filmie Joy, gojka, Filipinka ktora przybyła do Izraela w celach
zarobkowych, bardzo tęskniąca za synkiem, pozostawionym w kraju. Joy jest
opiekunką, najchętniej do niemowląt, ale tak się jakoś składa, że trafiają się
jej same staruszki. Joy, świetnie sobie z nimi radzi, choć nie należą one do
osób najłatwiejszych w pożyciu. Staruszki mają dzieci, ale niestety, są one
wiecznie zajęte – córka jednej z nich jest bardzo znaną aktorką. I matka, i
córka, choć bardzo się starają, nie potrafią jednak nawiązać żadnego porozumienia czy choćby zrozumienia.
Domyślamy się, że tak jest już od lat. Ale, o dziwo, Joy, Filipinka, kobieta
przecież na wskroś obca starszej i zmierzłej pani, potrafi dotrzeć do tej kobiety A dzieli ją z
nią praktycznie wszystko – pochodzenie, odmienna kultura, język, wiek, status
społeczny itp. Praca, praca, wieczne zabieganie, coraz to nowe wyzwania, a
przede wszystkim ta nieodgadniona obcość i brak porozumienia między bliskimi,
sprawia, że ludzie związani węzłami rodzinnymi są sobie zupełnie obcy,
sprawiają jeden drugiemu ból, także tym, że pragnienie zaspokojenia bliskości,
jakie przeceiż nawzajem odczuwają, jest kompletnie niemożliwe. Paradoksalnie,
łatwiej jest nawiązać nić porozumienia z osobą z zewnątrz, neutralną, niż z kimś
z kim wiążą nas więzy krwi. A może to
normalna prawidłowość, w końcu nie bez przyczyny ukuto powiedzenie „z rodziną
najlepiej wychodzi się na zdjęciu” lub "Przyjaciól się wybiera, rodzinę
się ma”. Może, po prostu, dla swoich jesteśmy za bardzo wymagający, a dla
obcych bardziej tolerancyjni? Może w tym tkwi sekret?
Jeśli chcemy
żyć, i cieszyć się życiem, nie ma rady, musimy pogodzić się z faktem, iż
naszym środowiskiem naturalnym jest nasza samotność. Na szczęście, paradoksalnie, nie
jesteśmy w tej samotności osamotnieni, zawsze przecież możemy spotkać drugiego
samotnika i płynąć obok niego przez ocean samotności.
Film na pewno wart zobaczenia – temat stary jak świat, ale jakże przyzwoicie,
nie nachalnie, przedstawiony. Co prawda, morze, ocean – symbol życia, na falach
którego dryfują ludzie - samotne meduzy – ileż razy to już było, nawet sam
Mickiewicz nie oparł się podobnemu skojarzeniu. Ale mimo wszystko, jest w tym
filmie jakaś świeżość, niczym dotyk przysłowiowej oceanicznej bryzy w upalny dzień
- są niezłe fabularne pomysły – ot choćby postać tej małej rudowłosej
dziewczynki, przybyłej jakby wprost z kraju Wikingów, z dwoma błękitnymi
oceanami pod łukami brwiowymi i "milionami" piegów niczym piasek na
ich brzegach. Są piękne zdjęcia, a na nich ładne lecz jakże samotne, kobiety i
są mężczyźni, choć jakże ich mało, którzy nie potrafią dać im szczęścia. I jest
piękne błękitne morze, które co rusz wyrzuca na swój brzeg zagubione meduzy, by
dokończyły swego żywota w pełnym, lecz jakże zwodniczym słońcu.
Bruno
to facet, który postanowił zdobyć sławę. Niestety, mieszka w Austrii, kraju, okrytym
w ostatnim wieku wielką niesławą. Kolebka faszyzmu – Hitler, Haider, hipokryzja,
agorafobia – piwnice, zarówno mentalne jak i fizyczne jako sposób na relacje
międzyludzkie etc. Bruno postanawia więc
wyjechać do Ameryki, a ściślej do LA. Jako bystry, młody mężczyzna, jest
on bowiem świetnie zorientowany, także seksualnie, i wie,
że w obecnych czasach istnieją dwa niezawodne sposoby dojścia do
slawy a/ zadeklarować światu swoją homoseksualność (można sobie ten fakt również wymyśleć) i
b/ zaistnieć w mediach. Akurat z tym pierwszym nie ma problemu, Bruno raczej jest
gejem, a co do drugiego punktu – no cóż, można przecież uczyć się od największych,
czyli od tych najbardziej sławnych – którzy, a to grają koncerty na rzecz walki z AIDS, lub bronią własną piersią puszczy
amazońskiej, albo karmią, prawie
piersią, a na pewno dobrze wypchanym portfelem biedne azjatyckie lub afrykańskie
dzieci, a to sprzedają własne dzieci co lepszym stacjom telewizyjnym na żer
różnych dziwnych programów itd. itp. Niestety, dla Bruno, co smaczniejsze
kąski, owego medialnego tortu, zostały już obdzielone, większość globu ziemskiego została już rozdysponowana dla największych i mało części świata będącego w biedzie zostało już do zagospodarowania. Bruno rzuca się więc rozpaczliwie na Bliski Wschód (czyli wzwód, jak to "śmiesznie" nazwał) – zaczyna pośredniczyć w
negocjacjach między Izraelem , Palestyną Iranem i sam już wlaściwie w końcu nie wie między kim a kim, bo o polityce,
prawdę mówiąc, nie ma zielonego pojęcia. A nie ma, ponieważ jego ulubionym
zajęciem jest odawanie się uciechom
cielesnym ze swymi męskimi kochankami, zarówno z tego świata, jak i
z zaświatów ( jedna z najgorszych momentów). I tu dochodzimy do mniej smacznej i strawnej częsci filmu.
Zgadzam
się z tymi, ktorzy zauważają obrzydliwość, a może raczej dosłowność, a częściej
przejaskrawienie pewnych scen, chodzi o te wyśmiewające seks gejowski ( ale nie
tylko), ale jednoczesnie doceniają , zauważają humor i satyrę na pewne przejawy
życia społecznego. I te mi sie najbardziej podobały i jednocześnie śmieszyły. Choć nie wszystkie były zabawne, niektóre z nich były
naprawdę drastyczne. Ot, choćby kompletne uprzedmiotowienie Meksykanów i wykorzystywanie ich do
najbardziej podłych świadczeń – w filmie służą jako meble, fotele, stoliki itp. Ale nie, nie, to nie chora wyobraźnia reżysera podytkowała mu taki pomysł – kiedyś ze zgrozą przeczytałam o tym, jak
mężczyźni w pewnych, wiadomych, przybytkach, traktują klęczące, i oczywiście rozebrane,
dziewczyny, "używając" je jako stoliczki na popielniczki.
Przerażali też głupi rodzice, którzy dla pieniędzy, albo sławy dziecka, po to,
by zaspokoić swe niespełnione marzenia, są w stanie poświęcić jego zdrowie, a nawet zaryzykować życie – jestem przekonana, że castingowe rozmowy z nimi na temat zatrudnienia dzieci w filmie, nie były sfingowane.
W ogole, jestem pewna, że Cohen, w kwestii satyry na współczesne zidiociałe społeczeństwa, czerpał wprost z życia i jego obserwacji, niczego tu nie musiał specjalnie wymyślać, niczego może oprócz scen seksu – tu mogła go ponieśc fantazja, jak to zresztą w przypadku seksu się zdarza.
Podsumwując, czy film uważam za udany? Pod względem ironii, krytyki, ostrej satyry nie tylko na amerykańskie społeczeństwo, jak najbardziej, uważam za udany i bardzom trafny, choć środki ku temu są naprawdę ostre, a przy tym nieskomplikowane. I tu przechodzę do humoru – no cóż, nie rozumiem tych co narzekają, przecież wiedzieli na co się zdecydowali. Chcieli zobaczyć Sachę Barona Cohen to widzieli. Jest on określonego rodzaju satyrykiem i prześmiewcą, zawsze konsekwentnie dążącym do jasnego celu, łączy przyjemne z pożytecznym. Przyjemne - to jego praca, nasz śmiech (bo jednak on się pojawia) i spora kupka pieniedzy na jego koncie. A pożyteczne, to to wszystko nad czym się przez chwilę i przez śmiech, zadumaliśmy podczas seansu. Prawdopodobnie, gdyby nie zdecydował się na humor tego rodzaju, pies z kulawą nogą by go oglądał. Nie podoba mi się jego prostactwo, np. sceny w salonie kosmetycznym były przeobrzydliwe. Ale, czy powszechna wariacja na punkcie dbałości o wygląd, wycinania sobie wszystkiego, by osiągnąc idealną gładkość skóry, idealne proporcje nie siąga granic absurdu? Tak jak humor Cohena. Spójrzmy na to z tej strony – pomysłowość i głupota jego dowcipów absolutnie dorównuje "pomysłowości" i głupocie ludzkiej. Weźmy akcesoria do umilania harców w gejowksim łóżku, były przesadzone, owszem, ale czy aż tak bardzo? Czy asortyment seksszopów, jest wiele uboższy? Jeśli można, jak czytałam, kupić w takim sklepie m.in. sztuczną rękę do "fistingu" (właśnie całkiem niedawno wzbogaciłam swój słownik o nowy piękny termin z zakresu cielesnej ars amandi), czyli do wkładania jej sobie, albo komuś do ... tak, tak, do d..... ewentualnie gdzie indziej , noooo.... to chyba życie prawie prześcignęło samego Bruna/Cohena. :) :(
skomentuj (0)